Józek - czyli czego żywy może się dowiedzieć na cmentarzu

Wszystkie tematy traktujące o literaturze w bardziej ogólnym rozumieniu

Moderatorzy: Vampdey, Tigana, Shadowmage, Achmed

Co z tą Pols... tfu, z tym tekstem?

Jedziecie, Panowie!
0
Brak głosów
Nie jest źle.
1
100%
Na cmentarz, i niech wszyscy o tym zapomną.
0
Brak głosów
 
Liczba głosów : 1

Józek - czyli czego żywy może się dowiedzieć na cmentarzu

Postautor: Azirafal » śr 10.12.2008 16:07

[Projekt rozpoczęty przez JC i mnie parę lat temu, który stanął w miejscu. Miało być pisanie na zmianę. Próbujemy go ożywić - zobaczymy co z tego wyniknie. Pierwsza część - autorstwa JC, druga - mojego]



Jedynie słuszne Tyskie odpsyknęło z radością, kapsel ze znajomym logiem upadł w trawę, pora zacząć dyżur...
Józek lubił Tyskie, znał się na dobrym piwie. Spojrzał z pogardą na łopatę opartą o barak.
Barak ulokowany na tyłach cmentarza komunalnego krył się za krzewami dzikiej róży, w najdzikszym i najbardziej zarośniętym punkcie.
Westchnął głęboko i pociągnął z ulgą z butelki.
Józek nigdy nie potrafił zrozumieć, skąd pomysł grzebania zmarłych się wziął w głowach ludzi.
Przechylił flaszkę i sciągnął solidnego gulga...
Beknął z ulgą i usiadł, opierając się plecami o barak. Ciemności zapadały szybko, ale jego przywykłe do mroku oczy wciąż widziały wszystko wyraźnie.
Tak, te lata przepracowane na cmentarzu komunalnym uczyniły poważne zmiany w organizmie głównego kopacza grobów
Nikt nie mógł nawet podejrzewać, że pod tym naddartym swetrem kryły się doskonale wytrenowane mięśnie. Godziny spędzone na kopaniu, przenoszeniu ciężkich płyt nagrobnych. Trening w warunkach nocnych, niejedna flaszka opita z kolegami z cmentarza. Tak, to niełatwe życie ukształtowało Józka, uczyniło jego refleks zabójczym, jego spojrzenie - wnikliwym i przeszywającym, jego wolę – najtwardszą i niezłomną.
Taki tryb bytowania miał swoje złe strony.
Józek nie miał wielu znajomych pośród żywych.
Chciałoby się westchnąć i poklepać Józka po plecach w braterskim geście współczucia.
Jednakże nie znaleźlibyście smutku w oczach naszego bohatera. Józek miał wielu dobrych znajomych. Dużo ciekawszych od tych żywych. Niejednokrotnie w duchu sobie powtarzał „nie masz takiego brata w żywym, jak w zmarłym, ani trochę”. Nie jest to może poprawne, ani specjalnie mądre zdanie, jednak Józkowi to nie przeszkadzało.
Umarli byli naprawdę intrygującą grupą odmiennych charakterów.
Najbardziej z nich lubił dziadka Stefana. Pochowany ponad pół wieku temu zatwardziały komunista, nadal odznaczał się całkiem giętkim umysłem. A że przeżył ponad setkę, to widział nie jedno i uwielbiał o tym opowiadać. Zwłaszcza po wychyleniu kieliszka ulubionej nalewki wiśniowej.
Tak, nieboszczycy lubili dobrze popić. Siedzenie w ziemii było wyjątkowo nudnym zajęciem. Umarli na wszelkie sposoby próbowali urozmaicać sobie czas rozkładu. Tak więc kwitł Józkowi interes na alkoholu. Nikt nie zdawał sobie sprawy z drugiego źródła utrzymania Józka, w końcu przecież nikt nie miał pojęcia, że nieboszczycy nie dość, że prowadzą dość aktywne życie pozagrobowe, to do tego piją jak mało kto. Józek dość szybko się zorientował, że nie może żądać od pochowanych twardej waluty. Umarłym dość szybko kończyły się dobra materialne, z którymi byli chowani. To nie tylko był problem wyjątkowo pazernych krewnych. Po prostu mnogość osób odpowiedzialnych za ostatni spacer zmarłego nie dawała szansy na utrzymanie przy sobie wartościowych przedmiotów.
Ale za ulubiony napitek umarli potrafili się odwdzięczać. Przy flaszce rozwiązywały się im języki. Józek szybko pojął, że informacja mogła być dużo lepszym źródłem zarobkowania. Stanowczo był łebskim facetem.
Organizacja ulubionych trunków dla cmentarnej klienteli nie stanowiła dla Józka większego problemu.
Miał chody u pani Karoliny z niedalekiego całodobowca. Zawsze mógł liczyć na kredyt w chudsze dni.
Jedynie miał problem z jej młodszym synem. Na szczęście gówniarz nie miał słowa do powiedzenia w sklepie. Młodzieniec był jednak cholernie podejrzliwy i wietrzył poważniejszą aferę obserwując Józka biegającego jak kot z pęcherzem po kolejne piwa, wina, wódki i insze wyskokowe napoje. Właśnie ów młodzieniec stał się przyczynkiem kłopotów Józka, o których tu chcemy opowiedzieć.
If you don't stand for something you'll fall for anything.
Awatar użytkownika
Azirafal
Arcypryk
 
Posty: 2138
Rejestracja: wt 07.01.2003 15:33
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: Azirafal » śr 10.12.2008 16:07

Ciemne chmury zaczęły zbierać się nad pogrążającym się we śnie miastem otaczając je groźnie, a z perspektywy cmentarza nabierały szczególnie złowieszczego charakteru. Zbierało się na burzę.
- Zbiera się na burzę – zauważył Karpiński spoglądając w niebo – Pewnie pójdzie grad.
- Tam, grad!... – zaoponował niedbale Józek biorąc kolejnego grzdyla z butelki – Jak jaki deszczyk by z tego poszedł, to bym się zdziwił...
Gdzieś za miastem niebo przecięła błyskawica, a nad okolicą przetoczył się ogłuszający grzmot. Na lekko wilgotnej ziemi zaczęły pojawiać się pierwsze krople, pod naporem deszczu cicho zabrzęczał blaszany dach baraku. Wujek Andriusza pocieszająco poklepał Józka po ramieniu zieloną, znaczoną dziurami po robakach dłonią i zaśmiał się sucho. Nie żeby miał wybór – struny głosowe uschły mu jeszcze w latach ’60-ych i czasem ciężko było zrozumieć coś z jego charkotu.
- Widisz, Józek, nie tiebie sporit’ z panem gieografem. On wyksztalcenie posiadajet i mądry jest, rozumiejesz? – były uczestnik Pierwszej Wojny Światowej, pochowany jakimś przypadkiem na polskiej ziemi pokiwał wesoło głową i wskazał na coś za plecami grabarza – Podaj mnie lepiej won tu wisniówku.
Józek zaburczał coś niewyraźnie w odpowiedzi, ale sięgnął po flaszkę i podał ją staremu truposzowi. Ten złapał ją z pożądaniem w oku, uderzył szyjką o swój kamień nagrobny i wlał od razu ćwierć litra do gardła. Poprzez nieszczelny już przełyk wylała się odrobina płynu i pociekła mu po zasuszonej szyi, ale wujek Andriusza nawet nie zwrócił na to uwagi.
- Nuuuuuu – westchnął zadowolony – Wot rzecz godna wnimanija!
Karpiński splunął pogardliwie. Jeszcze za czasów akademickich był jednym z tych wykładowców, którzy otwarcie piętnowali picie alkoholu. Teraz był jednym z nielicznych umarlaków-abstynentów na cmentarzu i nie znosił, gdy rozmowa przerywana była piciem ‘mącącej umysł krwi szatana’. Wstał, ukłonił się grzecznie i podreptał w stronę swego przybytku wiecznego spoczynku. Paskudna rana z tyłu głowy wciąż wyglądała obrzydliwie, a kosmyki siwych włosów z niej wystające powiewały makabrycznie na wietrze. Nie dziwota, że msza odbyła się przy zamkniętej trumnie.
- Uprzejmy, inteligentny, lubiący rozmowę i bezinteresownie dzielący się informacjami i doświadczeniem. To jest dopiero człowiek, hę dziadu? – Grabarz lekko trącił sowieta pod żebro; ostatnio gdy nie pohamował swej siły jedno z żeber zakosił jakiś pies-przybłęda; wujek Andriusza do tej pory żywił doń z tego powodu lekką urazę – Gdybyście wszyscy tacy jak on byli...
Wujek Andriusza zaśmiał się rubasznie i poklepał po dosłownie kościstych udach:
- Ja dużo znaju, no ja też znaju swaju cenu – oczka błysnęły mu lekko – Przecież jakby ja tiebie wszystko s razu razkazal, to bym pit’ czego nie imiel! Powiedz no mi liepiej, jak tam tiebie idzie tot handiel s moim prawnukom? Naszol uże co potrzeba?
Józek już miał coś odpowiedzieć, gdy kilka rzędów dalej z hukiem odskoczyła płyta nagrobna i z wewnątrz rozległ się gromki, nie znający sprzeciwu głos:
- Ej, żywy! Cho no tu, ale, kurwa, biegusiem!
Wezwany westchnął ciężko i pokręcił głową z rozpaczą:
- Majorze... Do kurwy nędzy... Spokojniej. Ciszej. I nie, kurwa, rozkazującym tonem! Tu nikt przed panem portkami trząsł nie będzie tylko dlatego, że umie pan krzyczeć!
Ale wstał, skinął głową wujkowi Andriusze i poczłapał zmęczonym krokiem do majora Bartnickiego. Nie cierpiał tego zimnego i irytującego wojskowego drania, ale były major SB miewał często bardzo użyteczne i korzystne informacje.
If you don't stand for something you'll fall for anything.
Awatar użytkownika
Azirafal
Arcypryk
 
Posty: 2138
Rejestracja: wt 07.01.2003 15:33
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: Jakub Cieślak » czw 11.12.2008 12:19

Major Franciszek Bartnicki. Zakapior, specjalista od przesłuchań. Grzesznik, którego sumienie przekraczały dopuszczalną masę całkowitą o całe tony, nazbierał przewinień przez swoje krótkie, ale intensywne życie. Teraz gryzł ziemię. I nie było mu z tym dobrze. Dostawał regularnie w kość od kilku sąsiadów z cmentarza, po śmierci już nie mógł liczyć na pomoc przełożonych. Próbował nadrabiać wrzaskiem i wrednym charakterem, ale nic nie mógł poradzić na to, że był już tylko workiem rozsypujących się kości i że sam jeden nie postawi się grupie sfrustrowanych nieboszczyków pamiętających wizyty "za życia" u majora. Z rzadka opuszczał kwaterę. Wolał unikać tych „powrotów do przeszłości”. Unikał jak mógł. Przeciwnicy jednak nie zasypywali gruszek w popiele. Major codziennie dostawał starannie odmierzoną porcję zemsty podawanej na zimno. A to ciężka płyta granitowa w tajemniczy sposób wpadła w zacisze jego miejsca spoczynku, uszkadzając jego zwiotczałą czaszkę. A to chwila nieuwagi doprowadzała do zalania kwatery. Nie pomagały wrzaski, nie znajdywali się winni, którzy wetknęli koniec węża ogrodowego do trumny i odkręcili lodowatą wodę. Trupy były podatne na zimno. Nie lubiły chłodu. Kości od razu sztywniały, pękały. Reumatyzm doskwierał. Nie miał łatwo Franciszek. I całą swoją złość, za tą niesprawiedliwość dziejową, próbował wyładować na jedynym żywym, który interesował się tym kawałkiem ziemi. Józek znosił to cierpliwie. Miał swoje chwile radości, kiedy puszczał płazem wszelkie przejawy wrogości sąsiadów wobec majora. Lubiał dowiadywać się o kolejnym znakomitym „żarcie” jaki spłatano majorowi. A sam major czasem groźbą, czasem prośbą próbował wymóc na Józku ochronę. Czasem puszczał parę z ust i dawał cynk Józkowi, gdzie można znaleźć jakieś ważne akta, gdzie zakopano zwłoki jakiegoś „zaginionego” studenta. Gdzie jaki majątek ulokował ktoś z partii, czując, że lada dzień komunizm runie na łeb, na szyję i wygra Solidarność. Józek informacje wykorzystywał by zbijać kasę, zawsze znalazł się hojnie płacący dziennikarzyna, czasem nieutuleni w żalu rodzice studenta odwdzięczali się za wskazanie miejsca spoczynku dziecka. Wtedy major miał kilka dni spokoju, a Józek gasił wśród trupów popęd do zemsty. Trupy nie lubiły nudy, nie znosiły wręcz organicznie tej całej bezczynności. Leżenie w ziemi nie było ich największym szczęściem. Znajdywały frajdę w piciu, ale też w różnych psikusach, zwłaszcza wyrządzanych sobie nawzajem. Oczywiście znalazło się kilku umarłych, którzy myśleli, że można robić sobie jaja z Józka. Nie do wszystkich nieboszczyków dotarła na czas informacja, że Józek jest nietykalny. Sroga była zemsta Józka za jakikolwiek przejaw agresji pod jego adresem. Relokacja zwłok, bezczeszczenie grobu, pełna prohibicja to tylko niektóre niespodzianki, jakie czekały tych, którzy podpadli Józkowi. Nawet majorowi raz się dostało, choć zwykle Józkowi starczało to, że inne trupy nie dają spokoju esbekowi. Do dziś major dostawał ataku nerwowej czkawki na widok psów, które Józek trzymał przy baraku. Belzebub i Szeląg. Dwa diabły wcielone. Ogary piekieł. Posłuszne tylko i wyłącznie Józkowi, śmiertelnie niebezpiecznie w stosunku do niepowołanych gości. Do tego wyjątkowo zainteresowane niesłabnącym źródłem kości, jakie miały tuż pod swoimi wrednymi nosami. Józek lubił niby to niechcący spuścić je z uwięzi i dać pobawić się zwłokami, które miały nieszczęście znaleźć się w zasięgu psich szczęk. Dziwnym trafem zawsze były to szczątki, których właściciel aktualnie miał „na pieńku” z Józkiem, albo nie chciał spłacić długu wdzięczności za dostarczony napitek.
Trzymał Józek porządek na cmentarzu.
Do dnia.
Do dnia, kiedy młody syn pani Karoliny z monopolowego postanowił dowiedzieć się, co Józek robi z tą ilością alkoholu i skąd ma na to pieniądze. Marcyś nie był może najbardziej bystrym dzieckiem w okolicy. Nie, że szesnastolatki potrafią być jakoś specjalnie rozgarnięte. Trudno w ogóle znaleźć jakiegoś, który potrafi trzeźwo myśleć i nie zastanawia się tylko nad podstawowymi potrzebami swego egoistycznego umysłu. Marcyś był najbardziej nierozgarniętym szesnastolatkiem, jakiego mogła się wstydzić ta grupa wiekowa. Jeżeli w ogóle czegoś byli w stanie się wstydzić. Mali egoiści.
Marcysia bardzo zastanawiało, dlaczego Józek, który wcale nie wyglądał na skończonego menela, nie dość, że jest regularnym klientem w matki sklepie, to jeszcze kupuje takie ilości alkoholu, że nawet największy menel świata nie jest w stanie tego zapasu przerobić. Choćby miał pomoc w postaci silnej grupy współmeneli. Według obliczeń (niezbyt dokładnych) Marcysia, taka ilość alkoholu mogła spokojnie przyczynić się do zgonu Józka. Marcyś dobrze wiedział, że Józek nie utrzymuje bliskich relacji z lokalnymi menelami. Co więcej, lokalni menele unikali Józka jak ognia. Z kim zatem Józek spożywał te ilości napojów alkoholowych?
Tłusty ( jak najlepszy pączek od Bliklego ) Marcyś uknuł diabelski plan inwigilacji podejrzanego Józefa K. zatrudnionego na lokalnym cmentarzu komunalnym w charakterze grabarza i stróża w jednej osobie. Wiadomo, że wszelakie zło lubi wychodzić po zmroku. Stąd plan inwigilacji zakładał obserwację nocną. Marcyś był za głupi na to i miał za ubogą wyobraźnię by podejrzewać, że to nie jest najlepsza pora do zwiedzania choćby okolic cmentarza. Obyty był z widokiem najgorszych mętów i miał niczym nieuzasadnione wrażenie, że nic nie grozi mu ze strony klientów matki. Jak bardzo się mylił- tego nie wiedział. Uzbrojony w pistolet na gwoździe, zapitolony ojcu z warsztatu, przebrany za najtwardszego ninję (przynajmniej tak wydawało się młodzieńcowi), przekradał się wzdłuż żywopłotu okalającego cmentarz. Kocie ruchy, kompletna bezszelestność i niezwykła kondycja nie były obce Marcysiowi. Przynajmniej takie miał wrażenie. Grubiutki jak poznańska bułka chłopak miał bardzo romantyczną wizję swoich talentów. Ciężko dysząc, co i rusz przewracając się o korzenie, krzaki i pozostawione śmieci, potwornie hałasując swoją czarną, ortalionową kurtką, próbował kicać jak młoda sarenka i przemykać między zaroślami. Nie minęło kilka minut, kiedy połowa cmentarza była zaalarmowana obecnością Marcysia. Trupy miały jednak respekt przed żywymi, znały zasady i nie zamierzały ich naginać z byle powodu. Martwy w oczach żywego miał pozostać martwym. Stertą rozkładających się szczątków, które nieruchomo spoczywają w przygotowanej i regularnie opłacanej kwaterze. Stąd martwi udawali, że są... martwi i że nie ... martwi ich ta niespodziewana wizyta Marcysia, w dodatku, poza godzinami otwarcia. Marcyś oczywiście wiedział o psach Józka, stąd wybrał akurat drugi koniec cmentarza, by przypadkiem nie nawinąć się psom w zasięg. A że akurat Józek i jego towarzysze libacji zajmowali stanowisko tuż przy baraku, nie mieli szansy dowiedzieć się o wizycie intruza.
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka


Wróć do Ogólnie o literaturze

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość