Filmy

Tutaj podyskutujesz o filmach, ludziach i wszystkim, co dotyczy X muzy.

Moderator: Wotan

Postautor: Jakub Cieślak » ndz 16.03.2008 16:45

Vampdey pisze:Oglądałeś "Człowieka z blizną", czy nie? Nie mogę jednoznacznie wywnioskować po Twoim poście.

Tak dawno temu, że już nie bardzo pamiętam, o co chodziło. Wtedy mi się podobało, ale to było daaawno temu, pewnie teraz bym inaczej ocenił ten film.
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 4010
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Usagi » wt 18.03.2008 15:37

Vampdey pisze:Można obejrzeć dla sentymentu + piosenek Queena


Pamiętam jak w młodości oglądałem ten film i w scenie gdzie jechał główny przeciwnik nieśmiertelnego leciała muzyka Queen. Strasznie mi się ta scena przez to podobała :)

Vampdey pisze:dziś mega-badziewny


Co do jedynki, to dawno nie widziałem, ale jak oglądałem ostatni raz, to dało się znieść. Dalsze części, nie wiem czy to 2 czy 3, to dopiero koszmar. Te latające na linach cosie, w które nieśmiertelny tłucze mieczem czy czym tam. Nawet nie ma co pisać, że to groteska. To po prostu katastrofa.

Jak dla mnie Człowiek z Blizną dalej trzyma wysoki poziom, choć jest to inny film niż choćby Chłopcy z Ferajny czy wspomniane wcześniej Życie Carlita. Nie ma właśnie takiej powagi, ale i Pacino gra w nim zwykłego prostaka.
Bardziej naiwna była natomiast wersja z 1932 roku z Paulem Muni. Śmieszne i drażniące sceny, ot choćby ta, kiedy policja wpuściła gaz do pomieszczenia, w którym znajdował się Tony (w tej wersji jednak Tony Camonte nie Montana). Bohater chodził jak dziecko we mgle i w kółko mówił "nic nie widzę, nic nie widzę". Takie sceny sprawiają, że widz czuje się jak pół debil, który patrząc na ekran nie widzi co się właśnie dzieje (jak w starszych komiksach - na rysunku widać postać wsiadającą do samochodu, a wyżej/niżej - czy też w dymku - podpis "teraz wsiądę do samochodu"). Takie dodatkowe informowanie jest zbędne, a wręcz właśnie drażniące. Jednak jak się przymknie na to oko (i ma się świadomość czego się spodziewać), to nie jest źle.
W podobnej tonacji jest Mały Cezar z 1931, niedawno oglądałem ponownie, to więcej śmiechu niż w niejednej komedii. Do tego filmu mam jednak sentyment i lubię go czasem obejrzeć – zwłaszcza dzięki fajnej grze Edwarda G. Robinsona. Choć końcowa scena – tutaj będzie spojler, więc jak ktoś być może ma w planach obejrzenie tego filmu, to niech dalej nie czyta – także należy do tych śmiesznych, gdzie konający Rico wypowiada jeszcze kwestię „czyżby to był koniec małego cezara?”. Naiwniactwo pełną gębą, ale jeśli ktoś lubi takie stare filmy, to warto sprawdzić :)
Awatar użytkownika
Usagi
Najemnik
Najemnik
 
Posty: 99
Rejestracja: śr 28.11.2007 13:12
Lokalizacja: \/\//\\/\//\

Postautor: Lord Turkey » wt 25.03.2008 11:24

Z powodu świąt miałem ostatnio więcej czasu i obejrzałem kilka filmów, z których chciałbym wspomnieć o tych najbardziej udanych.

Człowiek roku - film krytykujący elektroniczny system głosowania, ukazujący możliwe zagrożenia. Demokracja jest w niebezpieczeństwie, a odpowiedzialna za wszystko korporacja stara się usunąć jedynego świadka niewybaczalnego błędu. Fabuła prosta, ale nie ona jest tu najważniejsza. Warto zobaczyć dla niektórych dowcipów komika-prezydenta i przemiany jaką przechodzi od czasu zgłoszenia jego kandydatury. Również ze względu na ironiczne, lekko niepokojące podejście twórców systemu do wyborów (dla ludzi najważniejsza jest świadomość, że ich głos się liczy i to jest najważniejsze - a nie prawdziwość wyników).

7/10

Klik: I robisz, co chcesz - film pozornie komediowy, w rzeczywistości niezwykle mądry i przemycający ważne treści w sposób niekoniecznie lekki. Wykorzystuje znany schemat zagubionego bohatera i jego przewodnika, który pokaże mu co jest w życiu naprawdę ważne. Rewelacyjne wykonanie, kilka naprawdę zabawnych scen - polecam!

8/10
Obrazek
Krzysztof Kozłowski
Lord Turkey
Książę
Książę
 
Posty: 2549
Rejestracja: sob 15.02.2003 12:41
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: romulus » pn 31.03.2008 20:58

MY BLUEBERRY NIGHTS

Wong Kar Waia nie znałem wcześniej (ot, taki ze mnie barbarzyńca pewnie). Oglądałem bez oczekiwań i uprzedzeń. Nie będę się rozpisywał: ale nuda...

Nie pomógł mi ani Jude Law, ani Natalie Portman czy Rachel Weisz, czy - wreszcie - słodziutka Norah Jones. Raczej nie nadajemy na tych samych falach z reżyserem.

Nuda.
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: romulus » ndz 06.04.2008 9:26

To był sympatyczny weekend, jeśli chodzi o moje premiery kinowe.

Na pierwszy strzał poszła komedia romantyczna (powiedzmy) "PS I LOVE YOU". Lubię komedie romantyczne i co do zasady nie wzdragam się przed ich oglądaniem w związku z tym. O tym filmie mogę powiedzieć, ze jest sympatyczny. Żona (śliczna Hillary Swank) traci męża (Gerald "THIS IS SPARTA ! ! !" Butler). Nie może się pogodzić z jego śmiercią i nie potrafi ułożyć sobie życia bez niego. Po jakimś czasie od śmierci zaczynają przychodzić do niej listy od zmarłego ukochanego, który chce ją przeprowadzić przez okres żałoby po nim (przygotował ten plan jeszcze za życia). I tak zaczyna się wyciąganie bohaterki do nowego życia. W zasadzie oglądając byłem pewien zakończenia - i tu nastąpiło miłe zaskoczenie. Happy end oczywiście jest, ale trochę nie taki jak domyśla się zblazowany widz. Ogólnie film ogląda się przyjemnie. Jest trochę dobrego humoru, kilkoro dobrych aktorów. Gerald Butler pokazał inną twarz niż wcześniej w 300. Momentami film ten staje się nawet błyskotliwy. Ale nadal po seansie pozostaje tylko miłą weekendową rozrywką, którą się szybko zapomina. Jak na komedię romantyczną zasługuje jednak na 7/10.

Drugi film to inny biegun kina: czysta akcja. Chodzi mi o VANTAGE POINT, w Polsce znany jako 8 CZĘŚCI PRAWDY. Akcja skupia się wokół około 25 minut, w trakcie których dochodzi do zamachu na prezydenta USA. To samo zdarzenie obserwowane jest z punktu widzenia kilku różnych osób. Każdy punkt widzenia stanowi puzzel, a wszystkie złożone razem ukazują całe zdarzenie. Fajny pomysł, ale to tylko film akcji i to te sceny są najlepsze - pościg po ulicach hiszpańskiej Salamanki jest rewelacyjny. Dennis Quaid gra trochę zmęczoną twarzą. William Hurt jest za krótko. Matthew Fox występuje w nowej dla siebie roli. I Forrest Whitaker chyba trochę niewykorzystany do końca. Ten film to również jedynie rozrywka. Choć w pewnym momencie chyba naśmiewa się z "wojny z terrorem", ale tak po hollywódzku, nic specjalnego. Jako kino akcji sprawdza się w 100 procentach. Ale poza sekwencją dziejącą się na ulicach nie powala jednak za bardzo. W Stanach był to spory hit, ale i tak nie przebił rekordu otwarcia CLOVERFIELD.

I na koniec - najlepszy z obejrzanych filmów. ONCE. Generalnie, wszystko co dobrego przeczytacie lub przeczytaliście na temat tego filmu to szczera prawda. Film zrobiony za (chyba) 3 tysiące funciaków, ni to obyczajówka, ni to musical - ale forma nieważna. Chodzi tylko o to, że jest to bezpretensjonalny film o... miłości? muzyce? Też nieważne. Po jakimś czasie, od kiedy bohaterzy śpiewają Oscarową piosenkę Falling Slowly przestałem czytać napisy i skupiłem się na doznawaniu tego filmu. Z kina wyszedłem radosny, niemal lekki jak piórko. Z postanowieniem, ze kupię rewelacyjny soundtrack, bo muzyka to główny bohater tego filmu, który połączył dwoje obcych sobie ludzi i nadał sens ich historii. Rewelacja. 10/10 za nienachalne granie na emocjach. Film nie jest arcydziełem, ale daje pozytywnego kopa. A widzowie klaskali po seansie i to mocno, więc chyba nie byłem w tych uczuciach osamotniony.
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: romulus » sob 12.04.2008 17:12

Gone Baby Gone - polski debilny tytuł: Gdzie jesteś, Amando?

To film wyreżyserowany przez Bena Afflecka według rewelacyjnej powieści Dennisa Lehane pod tym samym tytułem. Ben Affleck jest zdecydowanie lepszym reżyserem niż aktorem. Współtworzył także scenariusz adaptacji i z tego powodu - jako ogromny fan Dennisa Lehane - muszę mu pogratulować. Bo nie pokpił sprawy. Choć książkę mimo wszystko uważam za lepszą, to jednak z tego powodu, iż Dennis Lehane jest artystą w swoim fachu, a Ben Affleck dopiero kroczy w tym kierunku. Film ten ma kilka wad, ale są one nieistotne tak naprawdę. Wycięcie kilku wątków nie zrobiło mu źle. Ktoś, kto nie czytał tej powieści, ale także wcześniejszych, których bohaterami byli Patrick Kenzie i Angela Gennaro - i tak nie złapałby niuansów związanych z osobą Bubby - gangstera i bardzo groźnego przyjaciela głównych bohaterów.

Drugi atut filmu to obsada. Casey Affleck po raz kolejny udowadnia, że Oscar dla niego to tylko kwestia czasu. Ed Harris i Morgan Freeman jako drugi plan też stworzyli ciekawe kreacje, dalekie od chałtury. I Michelle Monaghan, w roli partnerki głównego bohatera, zagrała bardzo subtelnie. Miło było na nią patrzeć (bo jest do tego śliczna, typ urody, który lubię u kobiet :) ).
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: romulus » pn 21.04.2008 17:07

Wychodzi na to, ze tylko ja ostatnio oglądam filmy, o których warto pisać :)

Obejrzałem ostatnio mój nowy nabytek na dvd DOBRY AGENT Roberta De Niro. Jest to ciekawy dramat sensacyjny (brzmi to jak wyrok). Nie mogę, napisać, że wybitny, choć wielu krytyków wysoko oceniło ten film, więc co ja wiem?

Jednak i ja wysoko go oceniam. Jest to historia młodego człowieka, wzorowana na elementach biografii Jamesa Jesusa Angletona - legendarnego współtwórcy CIA a następnie wieloletniego szefa jej kontrwywiadu, pod koniec życia ogarniętego wręcz chorobliwą manią odnalezienia Saszy - radzieckiego szpiega. Praca, obowiązek, patriotyzm - wychowany bardziej przez środowisko, niż rodzinę, w duchu tych wartości - główny bohater poświęca wszystko w imię służby swemu krajowi. Płaci za to wysoką cenę, rujnuje życie sobie i swoim bliskim.

Choć film, jak pisałem, oceniam wysoko, to jednak pozostawia on fabułę w zawieszeniu, kończąc ją w chwili kiedy główny bohater zostaje szefem kontrwywiadu CIA z rozwalonym życiem i ogólnie, pustynią za sobą - ale za to przed najbardziej pasjonującym rozdziałem swego życia. Bez przyjaciół, bez rodziny, z obciążeniem w postaci zdrady najlepszego przyjaciela, którym był (nie)sławny A. "Kim" Philby. Może wynika to z tego, że podobno De Niro pomyślał całą fabułę jako trylogię dotyczącą CIA, stąd i takie zakończenie. Ciekaw jestem, jak potoczą się losy tego projektu.

Warto film obejrzeć dla rewelacyjnych aktorów. Począwszy od małej rólki Roberta De Niro w roli generała Sullivana, po główną rolę Mata Damona, a w tle jeszcze stonowana Angelina Jolie, zawsze rewelacyjny William Hurt, John Turturro, Michael Gambon, Billy Crudup, Alec Baldwin. Obsada zatem doskonała, wręcz wyborna.

Złożyło się, że wpadł mi w ręce równocześnie z zakupem tego filmu miniserial The Company. To z kolei ekranizacja powieści Roberta Littlella, która ukazała się także w Polsce "W gąszczu luster. Opowieść o CIA". Tam autor również opisał historię grupy przyjaciół, patriotów, w końcu wrogów na tle 50 letniej niespełna historii CIA. Serial jest dosyć wierną adaptacją tej bardzo ciekawej, choć trochę konwencjonalnej powieści. Słabszy niż książka, ale warty polecenia. Głównie z uwagi na znakomitych bohaterów: w rolę Angletona wcielił się M. Keaton, który rewelacyjnie ukazał tragizm tej posągowej już za życia postaci.

Porównując obydwa filmy zwycięsko wychodzi jednak De Niro. Scenariusz i fabuła są bardziej ze sobą zwarte niż w miniserialu, nie wspominając o aktorstwie. Ale warto obejrzeć i jeden i drugi. choć w przypadku miniserialu lepiej chyba najpierw przeczytać książkę.
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: romulus » sob 10.05.2008 14:13

Nieswojo czuję się monopolizując ten wątek. Ale to nie moja wina w sumie :)

Obejrzałem wczoraj, wprawdzie nie film, ale inne ciekawe dzieło. Chodzi mi o musical UPIÓR W OPERZE Andrew Lloyda Webbera, który grany jest obecnie w warszawskim Teatrze Muzycznym ROMA. Musical ten to obecnie hit sezonu i to, podejrzewam, niejednego. Bilety wyprzedane na pół roku do przodu. Sala wypchana po brzegi, nawet w najgorszych miejscach na najwyższych balkonach. Nam przydarzyło się siedzieć pośrodku, na parterze.

O musicalach mam blade pojęcie, bo mnie nie interesują. Nawet, kiedy są pokazywane w telewizji. Zatem moja opinia jest skażona faktem, że było to moje pierwsze takie doświadczenie "na żywo".

Fabuła Upiora w Operze jest z grubsza większości znana, nie będę jej zatem streszczał. Jeśli chodzi o nią to nie jest może porywająca: taka mroczna historia miłosna, która - szczerze mówiąc - specjalnie mnie nie poruszyła, ale też nie odstręczała. Jest to przykład tego, że nawet banalne wydawałoby się historie można opowiedzieć w sposób porywający. Bo o sukcesie tego spektaklu świadczy nie tylko swietna machina promocyjna i jego "legenda", fakt że to dzieło klasyczne w swym gatunku a w Polsce jeszcze do tej pory nie było wystawiane. Te elementy również miały znaczenie. Ale nie wystarczyłyby, aby zapewnić taki sukces.

Moim zdaniem miarą tego sukcesu jest wystawna realizacja. Nawet krytycy, którym się ten musical w polskiej wersji nie podobał musieli przyznać, że nie żałowano środków na jego realizację. I to robi wrażenie - zważywszy, że teatr ROMA nie powala wielkością sali. A mimo to na scenie udało się oddać przestrzeń opery i jej lochów. Pomogły temu nie tylko scenografia, ale także efekty specjalne. Kilka iluzjonistycznych sztuczek - moja ulubiona to ta ze sceny na cmentarzu - nadaje widowisku naprawdę magicznego charakteru, chwyta, robi wrażenie, uwodzi. Podobnie jak finał, kiedy już aktorzy "schodzą ze sceny". Wreszcie, sceną, która jest bardzo efektowna jest schodzenie do lochów opery - miałem wrażenie jakbym oglądał wystawne widowisko filmowe a nie - jakby tego nie zwać - po prostu spektakl teatralny.

Nie będzie dużym spoilerem, jeśli napiszę, że wielki żyrandol wciągany na początku akcji, musi kiedyś spaść. To chyba największy "efekt specjalny" tego widowiska i całkiem zasłużenie. Chociaż jego upadek może wydawać się zapowiedzią czegoś straszniejszego później, to jednak tak się nie dzieje - to można poczytać za minus. Ta efektywna strzelba po prostu za szybko wypaliła - ale może się czepiam.

Jeśli chodzi o aktorów to docenić mogę tylko grającego Upiora Damiana Aleksandra. Jego zmiennikiem jest Łukasz Zagrobelny i podobno jest lepszy, ale my się na niego w piątek, tzn. wczoraj nie załapaliśmy. Za to nasza kolezanka spotkała go w kuluarach i zrobiła sobie zdjęcie... Tak czy siak, Damian Aleksander w roli Upiora jest naprawdę niezły w tworzeniu kreacji nieszczęśliwego i samotnego artysty, który jest zakochany w pięknej solistce. Pozostała obsada - mam wrażenie- że była tylko tłem dla jego kreacji. Ale to w sumie on jest głównym bohaterem, więc nie ma co się dziwić. Zwłaszcza że aktora tego kojarzyłem z niemiłosiernych chałtur w telewizji. Ale teraz wiem, że odstawiał tam chałtury dla pieniędzy, a w teatrze gra. Szacunek.

Pisać o musicalu i nie wspomnieć o muzyce to byłoby karygodne niedopatrzenie. Aczkolwiek zostawiłem ją na koniec, bo specjalnie mnie nie zachwycała. Poza głównym, przebojowym, znanym na całym świecie tematem, który w niektórych scenach - schodzenie do lochów - wzbudzał dreszcze na plecach i przydawał widowisku rozmachu, uroku, dreszczyka i magii. Reszty piosenek nie kojarzę, poza tym utworem. Chociaż zaczyna się on niemal barokowo i patetycznie: "Jestem aniołem muzyki, chodź do anioła muzyki" (tak też jest w angielskim oryginale). Myślę, ze każdy po obejrzeniu tego musicalu wyjdzie z teatru własnie z tym utworem "na uszach".

Na koniec - oceniał nie będę, bo nie mam porównania. Ale polecić mogę, choć bilety drogie i trzeba je - chyba nadal - rezerwować z półrocznym wyprzedzeniem. Na koniec była długa owacja na stojąco, zasłużona według mnie. Myślę, że po tym widowisku będę częściej dawał się skusić na musicale. Na pewno w ROMIE (choć jakiś nawiew lub klimatyzacja byłyby wskazane).

Machina promocyjna musicalu chwyciła i mnie w swoje sidła. Kupiłem za 20 zł ekskluzywnie wydany program z załączoną płytką (jeszcze nie przejrzałem) i skusiłem się na musicalową koszulkę. Gdybym miał przy sobie więcej pieniędzy kupiłbym i smycz :) Straszne.
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: Jakub Cieślak » sob 24.05.2008 15:47

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki
Niech no ktoś tu napisze jakąś klarowną i konkretną recenzję tego filmu... Sam po przeczytaniu kilku nie umiem sprecyzować swoich wrażeń po wczorajszym seansie. Pierwsze wrażenie- brak emocji, niezapamiętywalne sceny, niestety słabe komputerowe zjawiska, scenariusz, który mógłby być lepszy i nijakość postaci próbujących mierzyć się z ikoną kina przygodowego.
Brak emocji- sam się sobie dziwiłem, ale sceny akcji oglądałem z rosnącym wrażeniem, że ktoś chyba podał Spielbergowi tabletki na sen. Wiecie, porównam to do tego uczucia, kiedy chce Wam się kichnąć, już się Wam zbiera, już czujecie, że zaraz sobie zdrowo i wesoło kichniecie, a tu się wszystko rozchodzi po kościach. Zostaje takie wrażenie pustki. I to coś w tym stylu, jeżeli chodzi na przykład o początkową scenę akcji w hangarze, która wg niektórych wciska w fotel.
Nijakość scen, postaci i scenariusza. To chyba niestety wina tych dziewiętnastu lat przepychanek pomiędzy trójką głównych sprawców serii. Każdy miał swoje pomysły i swoje "lubię/ nie lubię". Tyle scenariuszów poszło do piachu i pewnie twór Davida Koeppa był takim kompromisem pomiędzy zdaniami panów. Problem w tym, że kompromisy w przypadku takich zjawisk jak kino spod znaku Indiana Jones są kiepskim rozwiązaniem. Jeszcze do tego panowie są już w tym niebezpiecznym okresie życia, kiedy to łatwo rozklejają się na widok dzieci i chętnie tym dzieciakom serwują jakieś uciechy. Szkoda, że i ten film naznaczony jest syndromem Jar-Jar-Binksa.
No i z tymi czarnymi chmurami nad moją głową musiałem pójść spać. Teraz, jak już przegryzłem się sam ze sobą, poczytałem sobie w sieci trochę i trochę wytrzeźwiałem (emocjonalnie, spożycia żadnego nie było), mogę jednak zauważyć z zaskoczeniem, że nie tylko panowie twórcy się zestarzeli, ale także i ja...
Młodszym pewno się będzie podobać, ma też sceny sympatyczne, a nawet ocierające się o wybitność. Smaczki dla fanów są. Harrison Ford w formie jest. Ok, młody nie jest, ale wciąż ikry i charyzmy starczy mu za całą obsadę. Facet po prostu dalej wymiata. Teraz z uśmiechem sobie przypominam niektóre sceny, myślę, że i Wy sami będziecie umieli takie sobie przypomnieć.
Jest na co narzekać, podejrzewam, że też wyjdziecie z mieszanymi uczuciami z filmu, ale pamiętajcie- dwa razy nie wejdzie się do tej samej rzeki. Po prostu był to niepotrzebny krok ze strony panów twórców. Scenariusz nadawałby się świetnie na kolejną grę komputerową z serii o dzielnym archeologu i ja bym na tym poprzestał.
Miło było zobaczyć znowu Harrisona w akcji, dobrze wypada LeBeouf. Muzyka miło przygrywa (czekam już na nią niecierpliwie, zamówiona w przedsprzedaży już do mnie powinna płynąć), kilka scen miło jest wspomnieć.
7/10
Ostatnio zmieniony ndz 25.05.2008 16:40 przez Jakub Cieślak, łącznie zmieniany 1 raz
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 4010
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Vampdey » sob 24.05.2008 18:16

Ostatnio

Gwiezdne wrota
Kolejny film z młodych lat przypomniany sobie przez kupienie dodatku do gazety. Hollywood pełną gębą, sporo tandety i ogółem brak ambicji, ale "Gwiezdne wrota" dla mnie to przede wszystkim kopiący po ryju klimat SF i fajne, iście von danikenowskie, pomysły. Bez większych oczekiwań można obejrzeć z przyjemnością w nudny wieczór ;-)

Doomsday
Punkt pierwszy wczorajszego maratonu horrorów w bełchatowskim kinie, choć IMO Doomsday horrorem nie jest. W Glasgow wybucha epidemia niezwykle śmiercionośnego wirusa, która przenosi się na całą Szkocję. Rząd brytyjski wobec braku jakichkolwiek możliwości powstrzymania wirusa izoluje cały region wielkim murem, co skazuje na śmierć wszystkich ludzi obecnych na tym terenie. 25 lat później okazuje się, że wbrew przepuszczeniom w wielkiej strefie zamkniętej, jaką jest Szkocja, dalej żyją nieliczni ludzie - co daje pewne nadzieje na to, że wymyślili oni antidotum. Rząd wysyła tam grupę komandosów, którzy mają dowiedzieć się prawdy i w razie czego zdobyć lek, potrzebny, bo następne ognisko choroby pojawia się w... Londynie.
Nędza :P. Trochę z Resident Evil, trochę z Madmaxa, trochę z wszystkich takich filmów o zagładzie albo zombie. Mnóstwo wstawionej na siłę krwi i flaków (wszak reżyser to Neil Marshall, twórca "Dog Soldiers"! :D), ogółem sporo durnoty i nieprawdopodobieństw i akcji. Dominują walki komandosów a to z dzikimi mieszkańcami Glasgow (radosne kanibale o wyglądzie zwariowanych punków), a to z mieszkańcami wsi, gdzie życie się całkowicie... uśredniowieczniło.
Film chyba tylko dla spragnionych taniej rozrywki typu "Doom", "RE".

Piła IV
Maratonu punkt drugi. Żenada, powinni tego zabronić. Mięchem, rozrywaniem, miażdzeniem, przecinaniem i wydłubywaniem byłem nie tyle obrzydzony, co wkurzony.

Oko
Punkt trzeci i ostatni i zdecydowanie najlepszy, choć też nie zdumiewający. Horror w chińskim wykonaniu, na dobrą sprawę bardzo klasyczny - te same założenia, te same środki i ten sam przebieg co w klasyce filmów o ludziach widzących duchy. Ostateczny efekt jest przyjemny i jeśli ktoś jest fanem horrorów to może obejrzeć.


Ogółem maraton składał się w 2/3 z filmów, o których wiedziałem z góry, że będą złe i się nie pomyliłem, ale maratony lubię ogółem. 15 zł za dłuugi wieczór pełen radochy ze znajomymi to niedużo ;-) Jeszcze fajniej by było, jakby ktoś zakazał kręcenia kolejnych cześci "Piły" i na jej miejsce wrzucili cokolwiek innego :P
Obrazek
Awatar użytkownika
Vampdey
Katedralny Malkontent
 
Posty: 3946
Rejestracja: sob 16.11.2002 20:34
Lokalizacja: Bełchatów/Łódź

Postautor: Glaeken » ndz 25.05.2008 17:22

Indiana Jones i Krolestwo Krysztalowej Czaszki

Legendarna postać, kultowa seria, miliardy zarobionych dolarow = kontynuacja musiała powstać. Ta sama gwiazdorska ekipa zarówno za jak i przed kamera, kilka nowych postaci, parę starych, widowiskowy scenariusz, dużo medialnego szumu, kupa zainwestowanej kasy... hmm... wszystko przygotowano jak należy do powrotu Indy'ego tak aby nie rozczarować widza i poziomem dorównać do słynnej trylogii. Niestety przynajmniej jeden widz został rozczarowany - ja :)
SPAM
Tematyka filmu tym razem kreci sie wokół kryształowych czaszek, partnerem Forda jest ponownie Karen Allen z Poszukiwaczy Zaginionej Arki ... eeee... Indy nadal ma kapelusz i pejcz... yyy... hmm... no i skończyły mi sie zalety :(
Jak przyznali sami tworcy w IV czesci Jones mial byc mądrzejszy ze wzgledu na swoj wiek i bagaż doświadczeń... przedobrzyli. Indy sprawia wrazenie przemądrzałego i przez to nudnego: niektore sceny wloka sie w nieskonczonosc z Jonesem w roli narratora rodem z Discovery Civilizations (zieeeew). Co z kolei automatycznie spowodowało zmniejszenie scen humorystycznych.
Nowym partnerem Jonesa jest młody aktor LaBeouf znany z "Transformers" , grający wybuchowego buntownika na motorze, ktory okazuje sie byc synem Jonesa. Przypuszczam, że tworcy chcieli osiągnąć efekt relacji (humorystycznej) na poziomie uczen/syn+mistrz/ojciec.. i tu tez im nie wyszło. Na poczatku poznajemy go jako wybuchowego buntownika, zeby w polowie filmu zaobserwowac jak cos w niego wstępuje i staje sie nieustraszonym drugim bohaterem filmu (wpływ ojca ?), cieniem samego Jonesa. Tak wiem, okazalo sie ze to jego syn i wyraźnie uwidoczniono odziedziczone po ojcu geny, mimo wszystko nie widzę w nim potomka Jonesa tylko naspeedowanego lalusiowatego nerwusa. Moim zdaniem bardzo nierówna/nieprzemyślana rola, albo źle zagrana.
Kryształowe czaszki - wdzięczny temat, akurat dla przygodowki w stylu Jonesa... ale po co od razu pchać do tego ufo i latający spodek + inne wymiary ?! Trylogia mimo iz mocno zahaczała o tematykę SF to jednak trzymała sie w miare rozsądnego poziomu nie przekraczając go. Czwarta część zrobiła o jeden krok za daleko w kierunku przepaści zwanej "za duzo fantastyki/absurdu!" (+ Indy przezywa wybuch bomby nuklearnej chowając sie w lodowce + parapsychologia i kontrola umysłów jako nowoczesna bron zagłady rodem z innego świata).
Powrot Karen Allen jako partnerki Jonesa.. extra pomysł ! Tylko to co iskrzyło miedzy nimi w Poszukiwaczach teraz ledwo sie tli: sceny z ich udziałem są mało zabawne i pozbawione tego "czegoś" ("jaj?", "ognia?" romansu? przekomarzań?). A LaBeouf który miał być dopełnieniem tej pary zupełnie nie pomaga. Nie potrafiono wykorzystać potencjału jaki daje to rodzinne spotkanie, chociaz w poprzednim filmie sprawdzilo sie idealnie w przypadku roli Connery'ego jako ojca Jonesa.
SPAM ENDS
Tempo filmu wielokrotnie zwalnia do nieznośnego poziomu - za dużo dziamgotania a za malo typowej dla trylogii akcji/przygody. Miedzy postaciami nie ma już tego "ognia" jak w trylogii przez co nawet sceny humorystyczne wypadają blado, mimo powiększenia sie grona postaci. Wielokrotnie nawiązując do trylogii twórcy chcieli by IV było jakoby podsumowaniem całości, pewną kropką nad i... i jednocześnie filmem który przebije wrażeniem pozostałą trójkę. Niestety nie wyszło, nie trafili w złoty środek: albo przedobrzyli albo nie dorobili i w efekcie nie dorównali - 5/10.
Glaeken
Wędrowiec
Wędrowiec
 
Posty: 55
Rejestracja: ndz 23.09.2007 13:33

Postautor: Alganothorn » pn 02.06.2008 8:09

Indiana Jones i KKC

Piszę tutaj, ale pewnie stworzymy nowy topic dla Indy'ego i poprzeklejamy odpowiednie posty
;-)

Tiaa, koniec końców i ja trafiłem przed ekran, na poły z obowiązku zawodowego, na poły z jakąś forma nostalgii za kinem przygodowym w najlepszym wydaniu, a nie sensacyjnymi podróbkami;
Poszedłem, obejrzałem i...i jakoś nawet przy napisach końcowych czekałem na tę magię, to coś, co odróżniało przygody Indy'ego i zgadnijcię, doczekałem się? Bingo: zero magii, zero wyjątkowości, zero satysfakcji...
Ok, może jestem zbyt okrutny, może oczekiwania zbyt wysokie, ale Spielberg sam jest sobie winien: wzorem relacji uczeń/syn - mistrz/ojciec jest relacja z 'Ostatniej Krucjaty' i poprawny Shia LaBeouf przeszedł może w 'Transformerach', ale w parze z Fordem jest smętnym epitafium serii dla pary Connery - Ford; fabuła jest chyba najgorzej poprowadzoną ze wszystkich do tej pory: nie podobała mi się 'świątynia zagłady', ale ma dla mnie masę smaczków (i przypomina mi pod wieloma względami 'Help', który bardzo lubię), tutaj tych smaczków jest bardzo niewiele...
Nie widzę, jak JC, scen ocierających się o wybitność, widzę sceny beznadziejne, przeciętne, poprawne i dobre, żadnej powyżej dobrej - te dobre, to przede wszystkim nawiązania do poprzednich serii, choćby początkowy magazyn, ale to za mało, za mało...
fabuła pełna niewytłumaczalnych skrótów, często nie mamy pojęcia skąd bohaterowie wiedzą gdzie szukać tego-co-mają-znaleźć - film może został skrócony o jakieś 10 - 20 minut i może te wycięte fragmenty pozwalały ułożyć fabułę w bardziej spójną całość: prawdopodobnie dopiero DVD z niewykorzystanymi scenami pokaże pełen obraz, ale sorry, idąc do kina liczę na pełen obraz, a nie jakiś wycinek rozbudzający apetyt na zakup DVD (jak gdzieś widzę nazwisko Lucasa, to zaraz spodziewam się marketingu na dużą skalę ;-) )
nie widzę sensu pisania zawsze spójnych i metodycznych recenzji: ten film mnie zawiódł i to zawiódł boleśnie; z magii pierwszych serii pozostał uśmiech Indy'ego, kilka tekstów, kapelusz i bicz, poza tym wieje nudą i standardem; film nie dorósł do oczekiwań, nie nawiązał poziomem nawet do najsłabszego poprzednich, a za zakończenie twórcom należy się sąd polowy: Indiana Jones to nie jest kino, które można tak zakończyć!
nie będę oceniał, to by było kopanie leżącego: ten film zasługuje na więcej, niż mógłbym mu przyznać, bo jako kino akcji jest dość ok, ale jako spadkobierca chyba najlepszej przygodowej sagi w dziejach kina jest wielkim rozczarowaniem
pozdrawiam
We've all been raised on television to believe that one day we'd all be millionaires, and movie gods, and rock stars. But we won't. And we're slowly learning that fact. And we're very, very pissed off.
Awatar użytkownika
Alganothorn
Monarcha
Monarcha
 
Posty: 5085
Rejestracja: pn 06.01.2003 23:02
Lokalizacja: point of no return

Postautor: romulus » pt 06.06.2008 17:03

To ja o TYM filmie nie napiszę nic od siebie. Zgadzam się ze wszystkimi przedmówcami.

Poszedłem na KOCHANICE KRÓLA - The Other Boleyn Girl. Powodowała mną tylko i wyłącznie fabuła, bo do dynastii Tudorów czuję sentyment. A raczej do epoki, która skończyła się wraz z panowaniem Henryka VIII. Miałem dobre porównanie, ponieważ dynastia Tudorów cieszy się ostatnio wzięciem w kinie: Elizabeth, Elizabeth: Złoty Wiek i - przede wszystkim - świetny serial The Tudors. Przede wszystkim bo dotyczy on mniej więcej tych samych wydarzeń, które zostały opisane w filmie.

Niestety, porównania z serialem wypadły druzgocąco dla filmu. Oczywistym jest, iż seriale dają szansę na większy epicki oddech i możliwość pogłębienia fabuły. Ale to nie może tłumaczyć wszystkich wad tego filmu.

Jest to przede wszystkim film nudny. W zasadzie nie wiem o czym on jest: o miłości, władzy, namiętności? Nie wiem, co jest "paliwem" napędzającym głównych bohaterów. Wiadomo przecież o co chodzi z tymi siostrami Boleyn. Ale co z tego, skoro w filmie wszyscy ruszają się jak muchy w smole. Miedzy postaciami nie ma żadnej chemii. W tą miłość i namiętność trzeba po prostu uwierzyć na słowo. A widać ją w powłóczystych spojrzeniach jakimi się obdarzają postacie dramatu. Temperatura przy tym jest co najwyżej letnia. Całkowicie nie przekonują powody afektu króla do obydwu sióstr. W zasadzie ja ich nie widziałem wcale. Równie dobrze mógł się on zakochać w pierwszej lepszej pastereczce. Nie wiem, czy to wina scenariusza, czy aktorek. Na Natalie Portman patrzy się z przyjemnością, ale Scarlett Johansson to - jak zwykle dla mnie - porażka. Ot, dziewuszka o przeciętnej bardzo urodzie. Dziewczyny snują się po ekranie udając uczucia i plotą banały o uczuciach. A podłożem ich konfliktu jest zwykła, do bólu przyziemna i zwyczajna zazdrość, która może opętać co najwyżej smarkate dzierlatki a nie świadome swej urody i pozycji damy. A może po prostu nie znam kobiet...

Jest to przede wszystkim film o miłości i niczym więcej. Nie ma tam konfliktów politycznych i religijnych towarzyszących rozpadowi małżeństwa Henryka VIII i Katarzyny Aragońskiej. Widz ma do czynienia z letnim trójkątem miłosnym, bez szans ujrzenia skutków politycznych i religijnych tej namiętności.

Nie mogę nie napisać o odtwórcy roli króla. Eric Bana to drewno. Jonathan Rhys Meyers, która gra króla Henryka w serialu to absolutna gwiazda, która pochłania widza, przykuwa go do ekranu i odsuwa w cień pozostałych aktorów (nawet niczego sobie Natalie Dormer i pozostałe aktorki grające liczne i ponętne kochanki). Eric Bana ze swą charyzmą mógłby w The Tudors zagrać co najwyżej ociężałego umysłowo chłopca stajennego.

Serial THE TUDORS mimo kilku mankamentów daje jednak szansę na epicki oddech. Miłości towarzyszy dzika namiętność, furia i niepewność. A skutki jej odbijają się na układach politycznych zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz królestwa. Nie mogę doczekać się drugiego sezonu bo tylko on może zmyć niesmak po tej tandetnej, do bólu konwencjonalnej historyjce, która - mimo w sposób oczywisty przewidywalnego finału - nie próbowała choć spróbować zaskoczyć widza czymkolwiek.

Powieści, której film jest adaptacją nie czytałem. Ponoć jest opasła i napisała ją kobieta, co jest jednak nie do przyswojenia dla telewizji, która upiera się, że autorem jest Philip a nie Philippa Gregory.

Jeśli ktoś lubi oglądać sobie scenografię i Natalie Portman - to film w sam raz dla niego. Ja się nudziłem i z radością powitałem ścięcie Anny Boleyn. To najgorszy film, jaki widziałem w tym roku.

Indiana Jones wróć!
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: Marycha » pt 20.06.2008 21:17

Ostatni film, jaki widziałam... "Jestem Sam" - historia o ojcu, który stara się zachować prawa rodzicielskie do córki (jest trochę niedorozwinięty). Historia bardzo życiowa, film wzbudza emocje (wzruszenie, współczucie...). 10/10.
Wakacje to czas, by nadrobić poziom filmowy :).
Marycha
Najemnik
Najemnik
 
Posty: 65
Rejestracja: pt 20.06.2008 20:39
Lokalizacja: Gniezno

Postautor: Vampdey » sob 21.06.2008 22:23

W końcu!
Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki
Nie wiedziałem czego się spodziewać: jedni mówi, że dobry, inni, że beznadziejny. W sumie nawet napalając się na tego typu film z miejsca wiadomo, że NIEMOŻLIWYM jest, aby czwarta część nakręcona po dwudziestu latach przerwy trzymała poziom oryginalnej trylogii. Może być gorsza, podobnie dobra, ale nie da się spodziewać ciągu dalszego utrzymanego całkiem w stylu pierwowzorów.

Film jest naprawdę fajny. Nie znaczy to naturalnie, że Czwarty Indiana zachwyca i "kopie po dupie" - po prostu ma słabsze momenty, ma wady, ale ogółem zadowala.
Nie ma zapamiętywalnych scen? A Jones docierający do miasteczka na pustyni tylko po to, żeby odkryć, że to atrapa na potrzeby ćwiczeń atomowych? Jones oglądający atomowego grzyba chwilę potem - magiczne! Jednocześnie naiwne, ale co z tego? Rozbroiła mnie bójka w barze, sceny pościgów trzymają fason - zwłaszcza ten w dżungli z pojedynkiem na rapiery i przeskakiwaniem z samochodu na samochód.
Co jeszcze mi się spodobało? Zmiana realiów: szalenie dobry pomysł, aby nie ukrywać, że minęło dwadzieścia lat i przenieść świat filmowy też o dwadzieścia lat w przód: sowieci zamiast nazistów jako Główni Źli, eksperymenty z bronią jądrową, mania kosmitów (Roswell nawet się pojawia!) - wszystko pachnie latami pięćdziesiątymi. Cate Blanchett pasuje jako sowiecka agentka.

Są i wady: niektóre sceny akcji rzeczywiście dość nużące, np. pojedynek Jonesa z Wielkim Złym Ruskiem przy mrowiskach. Jako wadę można dodać efekciarstwo: niektóre sceny raziły nadmiarem komputera.

Podsumowując, nie zbierałem specjalnie szczęki z podłogi, ale wyszedłem usatysfakcjonowany. Krytykując "Indianę 4" trzeba pamiętać, że a) pierwszych części też można się niewąsko czepiać; b). perfekcyjne sequele nie powstają. Ten jako tako wygląda i jeśli piątka miałaby być podobna - poproszę!
Obrazek
Awatar użytkownika
Vampdey
Katedralny Malkontent
 
Posty: 3946
Rejestracja: sob 16.11.2002 20:34
Lokalizacja: Bełchatów/Łódź

Postautor: Alganothorn » śr 25.06.2008 13:23

Ostatnio jakoś się tego nazbierało, 4 filmy w niecałe trzy tygodnie;
Indy już był, teraz pora na resztę

'Dwa dni w Paryżu'
Lekka komedia ze sporą dawką ironicznej obserwacji Francuzów w tle - autoironii, jeśli zważymy fakt, że wyszła spod ręki Julie Delpy. Fabuła prosta i często wykorzystywana: dwa światy zderzone dają okazję do wielu zabawnych sytuacji i spostrzeżeń. Tym razem Amerykanin trafia ze swoją dziewczyną do jej rodzinnego miasta, Paryża. Specyficzni rodzice, specyficzni znajomi i specyficzni bohaterowie - oboje intelektualiści, on dodatkowo z cechami bohaterów Allena.
Film lekki, łatwy i przyjemny - dobra komedia i celowo nie używam określenia 'romantyczna': to jest po prostu dobra komedia, na której człowiek się szczerze śmieje, a nie ryczy ze śmiechu. Nikt nikogo nie ośmiesza, nie obraża, choć Paryż jawi się po tym filmie jako miasto dalece mniej romantyczne i przyjazne człowiekowi. Pech chce, że po kilku dniach tam spędzonych miałem podobne wrażenia, więc tym bardziej film mi się spodobał.
Dobrze zagrane (w roli rodziców głównej bohaterki wystąpili autentyczni rodzice July Delpy) i to na wszystkich planach - znowu przykro się robi, że my tak nie potrafimy...

ocena: 7,5/10

'Rok paznokcia'

To nie kolejna inkarnacja 'Piły' - to przegląd kina iberoamerykańskiego w stolicy
;-)
Zrządzeniem losu trafiliśmy na ten film - nie to, że go celowo wybraliśmy
:-)
Historia Amerykanki, która trafia do Meksyku na fragment studiów, wraca tam później na jakieś dwa tygodnie wypoczynku spleciona z historią młodego chłopaka, u którego rodziny zatrzymała się podczas drugiego pobytu. Tu nie fabuła jest najważniejsza, ale forma - forma bowiem jest eksperymentalna i polega na opowiedzeniu historii za pomocą samych zdjęć i komentarza z offu.
Początek filmu był niepokojący, kiedy bohaterowie mówili po hiszpańsku, na ekranie migały zdjęcia, a nie było żadnego tłumaczenia - po jakimś czasie jednak pojawiły się i napisy (po angielsku i, niżej, po polsku) i jakoś szło oglądać...
piszę 'jakoś szło', bo film był dziwny: nie dlatego, że forma dziwna, choć to na pewno nie pomogło, ale dlatego, że nie za bardzo wiadomo było, jaką historię i po co nam opowiadają; to oczywiście rzecz dosyć popularna we współczesnej sztuce, człowiek wychodzi z teatru czy wystawy i nie wie, o co chodziło, ale jakoś ja jestem staromodny i lubię wiedzieć.
Co za tym idzie film oceniam nisko, a przez wzgląd na swą prostacką postawę do sztuki nie chcę się kompromitować i nie dam cyferki
;-)

'Dalej niż północ'

Kolejna komedia, kolejny film z krainy tysiąca i jednego sera/wina. Co więcej, kolejny film bardzo udany.
Fabuła prosta: urzędnik pocztowy oszukuje, żeby uzyskać przeniesienie na Lazurowe Wybrzeże i karnie jest zesłany 'dalej niż północ', do mitycznej krainy zamieszkiwanej przez Chti (tytuł oryginału to z resztą 'Bienvenue chez Chtis'). Kim są Chti? To mieszkańcy tych okolic, patrząc na Polskę można ich do pewnego stopnia przyrównać do stereotypowych Ślązaków.
Przerażony bohater jedzie jak na zesłanie, a na miejscu okazuje się, że...że stereotypy nie są najlepszym sposobem budowania wiedzy.
;-)
film ogląda się świetnie, zagrany jest bardzo dobrze, a jak ktoś lubi/nie lubi Francuzów (stan pośredni najmniej skorzysta), a na dodatek zna choć trochę francuski, to film będzie oglądał z wielką przyjemnością.
Kolejna ciepła, pełna humoru opowieść o normalnych ludziach - o ile przy 'Dwóch dniach w Paryżu' było mi przykro, że takich filmów nie robimy, tutaj zrobiło mi się wręcz bardzo przykro...
...ostatni raz tak zazdrościłem cudzej kinematografii przy 'Obsługiwałem angielskiego króla'
znakomity film, polecam

ocena: 8,5/10

pozdrawiam
We've all been raised on television to believe that one day we'd all be millionaires, and movie gods, and rock stars. But we won't. And we're slowly learning that fact. And we're very, very pissed off.
Awatar użytkownika
Alganothorn
Monarcha
Monarcha
 
Posty: 5085
Rejestracja: pn 06.01.2003 23:02
Lokalizacja: point of no return

Postautor: Lord Turkey » ndz 29.06.2008 11:15

Tropiciel

Produkcja z zeszłego roku, której nie poświęciłem wtedy wiele uwagi, zawitała już na ekran telewizora. Po filmie nie spodziewałem się niczego konkretnego, bo za wiele o nim nie słyszałem. Jest to historia o młodym wikingu wychowanym przez indian, targanym przez nienawiść do własnego pochodzenia i gorycz związaną z brakiem zaufania, który spotyka go ze strony części mieszkańców jego nowego domu. W tle mamy historię o miłości i poświęceniu. Film niezwykle efekciarski, lecz dzięku utrzymaniu kadrów w tonacji czerni i bieli, z dużą ilością scen ciemnych - efekty te nie rażą i mogą być poczytane tylko in plus. Niestety nie da się tego powiedzieć o fabule, która wyjątkowo prosta i pozbawiona jakiejkolwiek głębi po prostu nudzi. Pomijając liczne niedociągnięcia i niekonsekwencje aż żal, że w filmie nie ukazano złożonego życia duchowego indian, ich obrzędów i wierzeń. Ukazani są jako bezbronni wobec mieczy wikingów tubylcy, którzy tańczą przy ognisku i chodzą po lesie. Tyle. Wątki poszukiwania swojego miejsca pomiędzy dwoma walczącymi ze sobą narodami oraz uczuć łączących głównego bohatera z jego wybranką - miały potencjał, lecz nie został on do końca wykorzystany.

Pomimo całej krytyki film można obejrzeć, jest to dobrze nakręcony obraz (opinia zwykłego widza), krew leje się wartko, a akcja idzie do przodu bez dłużyzn - idealny na sobotnie kino akcji, o którym zapomnimy wstając z kanapy :wink:
Obrazek
Krzysztof Kozłowski
Lord Turkey
Książę
Książę
 
Posty: 2549
Rejestracja: sob 15.02.2003 12:41
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: Tigana » ndz 29.06.2008 11:31

Lord Turkey pisze:Tropiciel

Niech żyje C+

Dwa filmy z wczorajszej nocy:

"Czarna Dalia" - niby jet tu wszystko (świetny reżyser, scenariusz na podstawie znakomitej książki, gwiazdy w obsadzie) a rezultat nie zadowala. Niestety de Palma już chyba od 10 lat nie nakręcił porządnego filmu i tkwi w twórczej niemocy. Scenariusz - ciekawy, ale brakuje mu iskry bożej i jest przegadany, aktorzy grają co najwyżej przeciętnie. Największy mankament - reżyser nie potrafił stworzyć napięcia między aktorami - mamy ciekawy "trójkącik" - 2 policjantów i piękna blondyna a wszystko to jest wyprane z emocji. Kiedy w "Tajemnicach L.A." Russell Crowe uderzył Kim Basinger to od emocji było gęsto. A tutaj wszystko w letnich tonacjach. Również sama zagadka kryminalna jest mocno niedorzeczna, i przekombinowana. W sumie 5/10

"Tropiciel" czyli Indianie vs Wikingowie. Słabizna - o ile trailer był jeszcze niezły to cały film beznadziejny. Aktorzy wyprani z emocji, schematyzm, mnóstwo większych i mniejszych niedorzeczności. A najgorsze jest to, że same sceny akcji są nijakie - ani naturalistyczne, ani a'la "Matrix" takie mdłe. Nota 2/10
Awatar użytkownika
Tigana
Monarcha
Monarcha
 
Posty: 9472
Rejestracja: pn 19.06.2006 13:09
Lokalizacja: Sosnowiec

Postautor: Alganothorn » pn 30.06.2008 8:13

Tropiciel

Z reguły nie pisze o filmach z C+, zwłaszcza takich, ale jak już wyciągacie do tablicy...
:D
Wyobraźmy sobie historię młodego człowieka, który egzystuje na pograniczu dwóch kultur, nigdzie nie czuje sie 'u siebie', znosi wszystko z dumą, bo kulom, przepraszam: strzałom, się nie kłania; wyobraźmy sobie, że staje w obliczu konfliktu pomiędzy rodziną naturalną ('genetyczną'), a przybraną, staje wobec konieczności wyboru, a 'wybór-ten-zmieni-wszystko-na-zawsze'... wyobraźmy sobie pokaźny budżet na realizację takiej historii, atrakcyjną scenerię i tematykę, która gwarantuje widownię w kinach...
Wyobraziliscie sobie?
No więc 'Tropiciel' to właśnie to wszystko, tylko jako zmarnowany potencjał, niemal parodia mimo woli, produkcja, która sama się ośmiesza;
może i jestem okrutny, ale naprawdę filmy akcji nie muszą mieć na siłę dorabianej głębi, w usta bohaterów nie trzeba wkładać sentencji filozoficznych na poziomie Coelho, a całość nie trzeba filmować w nieznosnie manieryczny sposób (tutaj nie zgodzę się z Lordem T - sposób filmowania nie może być poczytywany tylko in plus, albo jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę);
film niewykorzystanej szansy i niemal zmarnowanego czasu - niemal, bo jak człowiek pogłówkuje, to może jakis plus znajdzie...może...

ocena: 2/10
jak ktoś lubi odmóżdżające mordowanie z pseudointelektualnym zadęciem w kilku scenach, to może 3/10...
We've all been raised on television to believe that one day we'd all be millionaires, and movie gods, and rock stars. But we won't. And we're slowly learning that fact. And we're very, very pissed off.
Awatar użytkownika
Alganothorn
Monarcha
Monarcha
 
Posty: 5085
Rejestracja: pn 06.01.2003 23:02
Lokalizacja: point of no return

Postautor: Marycha » pn 30.06.2008 9:34

"Poczta serc"
8-letni chłopiec miał bardzo szybko postępującą chorobę (guza mózgu). Akcja pobicia rekordu Guinessa w liczbie otrzymanych kartek trzymała do przy lepszej formie.
Oczywiście były dziwne zwroty akcji, ale koniec i tak szczęśliwy.
Co mi się nie podobało? Dziwne, że po ciężkiej operacji mózgu nie leży się na OIOM-ie, tylko na zwykłej salce i szybko się budzi!
Poza tym trochę ciężko mi uwierzyć, że guz mózgu (który notabene, był żywą istotą...) zamienił się w perłę :/.
4/10.
Marycha
Najemnik
Najemnik
 
Posty: 65
Rejestracja: pt 20.06.2008 20:39
Lokalizacja: Gniezno

Postautor: romulus » pn 30.06.2008 19:28

W bajkach tak bywa Marycha :wink:

Byłem drugi raz na Indiana Jones... (i cała reszta tego tytułu).. Generalnie muszę złagodzić swoją ocenę. Poza tą nieszczęśliwą lodówką wszystko jednak trzymało poziom...

Skąd takie złe oceny? Także u mnie? Bo jednak trochę latek minęło od poprzedniej odsłony i ja sam posunąłem się w latach :) To, co kiedyś przyjmowałem bezstresowo i bezrefleksyjnie nie miało szans na podobną bezstresowość i bezrefleksyjność kilkanaście lat później. Ot i cała zagadka, dlaczego pierwszy seans mnie zawiódł. Całe szczęście, że połowica uwielbia doktora Jonesa i musiałem iść z nią po raz drugi. I już było w porządku. Lodówka, oczywiście była wyjątkiem. Ale, poza tym: jak na taki odstęp czasu było naprawdę nieźle. Drugi minus: trochę przydługo. W poprzednich częściach (poza "dwójką") mi to nie przeszkadzało. Ale tym razem nerwowo kręciłem się w fotelu. Mordobicia też już mnie nie bawią, a jeśli są za długie to irytują na maksa.

Polecam jednak nową i ostatnią odsłonę przygód doktora Jonesa. Miła, bezstresowa rozrywka. Bez magii, ale - jak zauważyłem w moim przypadku - coś jednak z wiekiem przemija.

Na pewno nie będzie to tegoroczny film najgorszy.

W przyszły weekend wybieram się na DALEJ NIŻ PÓŁNOC. W prasie miłe recenzje, tu też, widzę, sam Cesarz pochwał nie szczędził... :) Znaczit: obejrzeć trzeba.
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: Marycha » pn 30.06.2008 21:55

To jest do przyjęcia, gdyby nie to, że film jest z cyklu "prawdziwe historie" :)
Marycha
Najemnik
Najemnik
 
Posty: 65
Rejestracja: pt 20.06.2008 20:39
Lokalizacja: Gniezno

Postautor: romulus » pn 30.06.2008 22:29

Marycha pisze:To jest do przyjęcia, gdyby nie to, że film jest z cyklu "prawdziwe historie" :)


Kiedy widzę telewizyjny film z cyklu "prawdziwe historie" to pierwsza myśl: gdzie jest pilot :lol: i rzucam się w panice po pokoju, aby tylko nie obejrzeć choć sekundy, bleh... A już szczególnie o dzieciach umierających, o zdradzanych żonach przez męża, który skumał się z siostrą, zabrał żonie dzieci, uciekł na Alaskę, tam umarł a o dzieci rozpoczyna się "dramatyczna walka" sądowa matki ze swoją siostrą. Podobnie z umierającym dzieckiem, o które na ekranie heroicznie walczy ojciec/matka/baca/juhas/babcia/ dziadek/wujek/sąsiad/hydraulik-będacy-jego-prawdziwym-ojcem-który-w-chwili-tragedii-się-objawił. A na końcu dziecko albo przeżyje (i to koniecznie musi być cud) albo umrze i to też koniecznie musi być cud.

No, rzygi się leją.
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: Jakub Cieślak » wt 01.07.2008 10:10

Proponuję założyć osobny wątek odnośnie melodramatów a tu trzymać się stałego stylu i porządku postowania. Ok? :)
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 4010
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: romulus » ndz 13.07.2008 16:13

Obejrzałem (w końcu) LEJDIS.
Nie rozumiem w ząb narzekania na ten film. Jest to polska komedia zrobiona według najlepszych amerykańskich wzorów i na amerykańskim poziomie realizacyjnym, z świetną obsadą, zabawnym, dowcipnym (a nie rubasznym) scenariuszem. Aktorsko film pełen pereł i kobiecych, ale także męskich. Były to dwie godziny dobrej zabawy, ani przez chwilę się nie nudziłem. Reklama w tym filmie była tak świetnie i nienachalnie wpleciona, że uprawniony jest wniosek, iż można takie rzeczy w Polsce robić bez cekiniarskiego prostactwa. Polecam, wpisałem na listę zakupów na dvd. Ten film jest o wiele lepszy niż Testosteron. Przednia zabawa, bez szarżowania w żadną stronę.

Co innego Seks w wielkim mieście.

Chciałbym w tym momencie zwrócić honor Kochanicom Króla. W kategorii najgorszy film 2008 r. zostały bowiem zdetronizowane przez tą sieczkę dla przygłupów. Aby się dobrze na nim bawić trzeba - bez dwóch zdań - zażyć elektrowstrząsów. Może wtedy uda się osiągnąć poziom tego g.... Film zrobiony przez męskie szowinistyczne świnie, które zrobiły z bohaterek totalne idiotki. Recenzje ten film miał słabe i - szczerze mówiąc - to był komplement mimo wszystko. Gdyby nie jakiś tam czar serialu to ten film z taką fabułą w ogóle nie wszedłby do kin. Choć i serial był co najwyżej średni i odznaczał się kilkoma w miarę oryginalnymi posunięciami fabularnymi. W filmie nie ma absolutnie niczego co godne byłoby zauważenia i pochwalenia. Główne bohaterki to panie już w bardzo zaawansowanym średnim wieku, które udają trzydziestolatki (mentalne) a efekt z tego taki, że wychodzą co najwyżej na nastolatki (mentalne) o umysłowości dziecka, które nie odróżnia popcornu od hamburgera. I dla takich właśnie (amerykańskich) widzów film ten będzie ekstazą. Ewentualnie dla miłośników głupich reklam - bo z tym mi się będzie mimo wszystko kojarzył, z jedną wielką reklamą kupowania, różnych marek ciuchów, butów i kosmetyków. A fabuła to tylko nieistotny dodatek, przy tym niemożebnie głupi. Dawno nie stawiałem ocen. tym razem, bez cienia wątpliwości 0/10.
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: Marycha » ndz 13.07.2008 19:17

"Pleasantville" - o chłpcu, który przeniósł się do lat 50 przez...telewizor.
Marycha
Najemnik
Najemnik
 
Posty: 65
Rejestracja: pt 20.06.2008 20:39
Lokalizacja: Gniezno

Postautor: Lord Turkey » pt 18.07.2008 11:51

Kiedy dzwoni nieznajomy (2006)

Interesujący, sprawnie zrealizowany thriller. Nie spodziewałem się czegoś więcej jak tylko odprężającej rozrywki na wieczór. W efekcie na tym właśnie się skończyło, ale film zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Przedstawiona w nim niezwykle banalna historyjka stanowi idealną podstawę dla trzymającej w napięciu produkcji. Akcja toczy się leniwie, poznajemy niektóre aspekty życia głównej bohaterki (młoda Camilla Belle) i jej otoczenia. Zostały one bardzo dobrze wykorzystane w późniejszych scenach. Napięcie rośnie stopniowo, osiąga apogeum i niestety drastycznie spada - ale to już prawie sam koniec. Wiele scen robi wrażenie, kilka razy widz zostaje kompletnie zaskoczony. Otoczenie, w jakim rozgrywa się akcja, też jest interesujące i pełne potencjału - który reżyser umiejętnie wykorzystał.

7/10
Obrazek
Krzysztof Kozłowski
Lord Turkey
Książę
Książę
 
Posty: 2549
Rejestracja: sob 15.02.2003 12:41
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: Lord Turkey » ndz 20.07.2008 21:35

Hostel (2005)

Horror w reżyserii Eliego Rotha. Film zaczyna się bardzo "rozrywkowo" - trójka przyjaciół podróżuje po Europie w poszukiwaniu erotycznych wrażeń. Szybko trafiają do tytułowego hostelu pod Bratysławą, gdzie czują się jak w raju - głównie za sprawą uroczych i bardzo "chętnych" współlokatorek. Nie wiedzą jeszcze, że za rozkosze ciała płaci się wysoką cenę. Tak w skrócie można przedstawić zarys fabularny filmu. Wbrew pozorom przedstawia on bardzo nieprzyjemną i wysoce prawdopodobną historię - ale nie będę zdradzał, o co chodzi przyjmując, że nie wszyscy film widzieli i będą jeszcze mieli okazję to zrobić. Inna kwestia czy zechcą. Film określany jako jedna z najbrutalniejszych produkcji ostatnich lat poza przerażającym procederem, jaki ukazuje nie robi wielkiego wrażenia. Momentami trzyma w napięciu, a zakończenie bardzo mnie usatysfakcjonowało - ale tylko tyle. Co do brutalności scen - nie zrobiły na mnie większego wrażenia (może dlatego, że byłem bezpośrednio po oglądaniu "Teksańskiej..." :wink: ). Warto obejrzeć dla kilku scen i ogólnej wizji.
Obrazek
Krzysztof Kozłowski
Lord Turkey
Książę
Książę
 
Posty: 2549
Rejestracja: sob 15.02.2003 12:41
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: romulus » pt 25.07.2008 20:48

3:10 Do Yumy

Oglądanie takich filmów to czysta przyjemność. Nie widziałem oryginału, ale teraz - wiedząc, w jakiej manierze kręcone były stare westerny - nie chcę go obejrzeć, aby nie rozczarować się, nie zepsuć wrażenia, jakie wywarł remake. Nie jestem w stanie - jako widz - niczego temu filmowi zarzucić. Banalne jest stwierdzenie, że to film dla facetów. I nie mówię tu o pretensjonalnych dupkach konsumujących popcorn. Zresztą i tak by go nie docenili.

Podobał mi się w tym filmie konflikt postaw, który w finale stał się bardzo pozorny uwidoczniając tak naprawdę bliskość dwóch głównych antagonistów. Tak jak w GORĄCZCE Michaela Manna - wszystko sprowadzało się do mniej lub bardziej uświadomionego wyboru drogi życiowej. I konsekwencji, mierzenia się ze skutkami podjętych decyzji. I tragizm postaci granej przez Christiana Bale: on tak naprawdę nie miał większego wyboru, musiał postąpić tak jak postąpił. I pięknie rozegrany w związku z tym finał drogi życiowej bohatera zagranego przez Russella Crowe.

Całość efektownie trzyma w napięciu a kreacje aktorów w głównych rolach cieszą oczy wiarygodnością i magnetyzmem. To film, który zdecydowanie warto obejrzeć. Nie nudziłem się nawet przez moment.
10/10
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: romulus » pt 01.08.2008 22:43

Dobre filmy zawsze dopadają mnie przez przypadek a że ostatnio oglądam filmów sporo (jak powyższe posty pokazują) to i o przypadek łatwiej :)

BURY MY HEART AT WOUNDED KNEE

To produkcja HBO i nie muszę pisać oczywistości o poziomie realizacji.

Fabuła zaś skupia się na zmierzchu historii Amerykańskich Narodów. Spychani do rezerwatów, odzierani z resztek chwały w zamian za ochłapy rzucane im przez białych, trwają przy ostatnim bastionie ich historii: Czarnych Wzgórzach. Bogate w złoża minerałów były łakomym kąskiem dla białych. "Sprzedajcie nam Czarne Wzgórza za cenę, która proponujemy, a jeśli nie: zabierzemy wam je siłą". Do tego sprowadzała się hojna oferta.

Film przedstawia losy kilku postaci tego dramatu: kongresmana walczącego o pokojową asymilację Narodów, która jednak przeradzała się - mimo szlachetnych intencji - w żałosną właśnie namiastkę przeszłości; młodego Siuksa Charlesa Eastmana, który uległ asymilacji i przyjął oferowaną pozycję i wykształcenie oddając w zamian swą tożsamość; Siedzącego Byka - ostatniego wielkiego wodza Lakotów, żyjącego w coraz bardziej rozmienianej na drobne chwale wodza wojennego z bitwy pod Little Big Horn. Wszystko to postaci autentyczne i ich losy krzyżują się, splatają aż do mrocznego finału: masakry w Wounded Knee, kiedy żołnierze i milicjanci wymordowali wioskę Lakotów, kobiety, dzieci, każdego, kto się nawinął. Tragedia ta to właśnie finał, potem plemiona mogły już tylko zmarnieć, rozpuścić się, zdegenerować w amerykańskim kotle.

Epilogiem tej historii jest decyzja amerykańskiego Sądu Najwyższego z 1980 r., która podważyła zabór Black Hills określając go równocześnie jako bezprzykładną w dziejach amerykańskiego narodu hańbę. Mimo to ziemi Lakotom nie zwrócono, a dostali oni odszkodowanie warte 600 milionów dolarów, których nigdy nie odebrali.

Smutny to film, bo inny nie mógł być, skoro traktuje o tragicznej i nieuchronnej zagładzie. Jest to także dobrze zagrana historia, według pozbawionego schematu scenariusza, wierna historycznym faktom - co właśnie mnie najbardziej zdziwiło. Udało się stworzyć niebanalną opowieść bez fałszowania historii, ani na korzyść białych, ani na korzyść plemion. Dlatego warto ten film obejrzeć bez obaw, że otrzyma się standardowy produkcyjniak na melodię: teraz kajamy się za nasze winy wobec Indian. Nie ma tu takich uproszczeń, łatwych odpowiedzi i rozwiązań. Głównym bohaterom, tym którzy przeżyli, pozostaje tylko poczucie winy.
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: elTadziko » ndz 03.08.2008 15:10

Oglądałem wczoraj "Upiora w operze".
Na ten film byłem juz napalony jak leciały reklamy, że jest w kinie, więc od dawna ;) Wczoraj wreszcie udało mi się go obejrzeć.
Muszę się przyznać, że myślałem iż film będzie trochę w innej konwencji. Wiedziałem oczywiście, że będzie dużo piosenek, ale sądziłem, że będzie to bardziej jak w Bollywood :P A tu niespodzianka - prawie cały film to piosenka ;) Nie jest to jednak dla mnie minusem, bo muzyka stała naprawdę na bardzo wysokim poziomie.
Najbardziej podobał mi się głos upiora - według mnie najlepiej śpiewał :P Chyba szczególnie przypadły mi do gustu te momenty w których się denerwował ^^
Bardzo klimatyczne było według mnie zrobienie części filmu czarno-białej. Nastrój scen wykonanych w tej formie jest taki melancholijny, a do tego taki obraz pasuje jak ulał. Dlatego tez bardzo podobał mi się początek i koniec. Od początku czuć tą "tragedię", która zdarzyła się w teatrze. Świetnie zrobiono powrót do przeszłości (ten pierwszy) - gdzie kamera jedzie, tam znika kurz i wszystko "naprawia się".
Chwilami przypominał mi ten film "Om Shanti Om" - szczególnie ta zemsta upiora i motyw ze spadającym żyrandolem.
Ogólnie film mi sie bardzo podobał, oceniam go naprawdę wysoko ;) 10/10 :P

Jedna z lepszych piosenek z filmu w wykonaniu Nightwisha: http://pl.youtube.com/watch?v=fhdGfbE8c_E
Awatar użytkownika
elTadziko
Najemnik
Najemnik
 
Posty: 114
Rejestracja: ndz 25.11.2007 11:16
Lokalizacja: Oława

Postautor: romulus » ndz 03.08.2008 18:56

Zgadzam się z tobą całkowicie (poza wtrętem o Bollywood :) ). Film ten był bardzo klimatyczny i czarujący. Kupiłem go z miesiąc temu na płycie a musiałem zwlekać - idiota ze mnie - z jego obejrzeniem do emisji w telewizji. Gerard Butler był rewelacyjny, podobnie jak partnerująca mu zwiewna pani :)

Ale dla mnie najważniejsze było porównanie z polską wersją wystawianą w ROMIE. I muszę stwierdzić, że polska wersja była na tak samo wysokim poziomie. Choć brakowało jej trochę z fabuły, ale to szczegół. Piosenki zostały przełożone perfekcyjnie, a dodatkowo w polskiej wersji scenicznej (amerykańskiej niestety nie widziałem) użyto wielu efektów iluzjonistycznych, które pogłębiały perfekcyjnie klimat tej opowieści.

Teraz szukam soundtracka do filmu. Interpretacja NIGHTWISHA jest jedną z najlepszych, które znalazłem na YouTube. Dorzuciłbym jeszcze do niej duet Antonio Banderasa i Sary Brightman.

Rewelacyjny musical. Po prostu odbiło mi na jego punkcie już po przedstawieniu w ROMIE, a ten film tylko to pogłębił :)
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

Postautor: elTadziko » ndz 03.08.2008 21:14

Ja niestety nie mam swojej kopii :( Jak było w Dzienniku, to zapomniałem o tym filmie :/
Niestety w teatrze nie widziałem tej sztuki, ale teraz chętnie bym obejrzał. Chciałbym zobaczyć jak rozwiązali niektóre sprawy :)
Ja na youtubie wysłuchałem Maskarady w polskim wykonaniu. Musze przyznać, że wyszło to bardzo fajnie i naprawde bardzo przypominało oryginał.
A czytał ktoś książkę "Upiór w operze"? xD

EDIT
Mam pytanie - jak wygląda Upiór w teatrze?
W filmie często były różne przedstawienia - robią na scenie dodatkowa widownie wtedy, czy "prawdziwa widownia gra widownię"? :P Upiór pokazuje się tylko na scenie? Szczególnie chodzi mi o moment kiedy się czepia, że loża jest zajęta.
A jak rozwiązali powieszenie człowieka na scenie?
Dużo jest jakichś dekoracji, czy jest ubogo?
Mozna gdzieś we Wrocku obejrzec Upiora? :P
Awatar użytkownika
elTadziko
Najemnik
Najemnik
 
Posty: 114
Rejestracja: ndz 25.11.2007 11:16
Lokalizacja: Oława

Postautor: RaF » pn 04.08.2008 10:49

Ha, ja też niedawno sobie zaliczyłem 'Upiora' w Romie. Bardzo fajnie im wyszło, gratulować. Efekt psuły tylko diablo niewygodne siedzenia, jak to w Romie - no ale cóż, pocierpieć czasem trzeba :P

elTadziko pisze:Mam pytanie - jak wygląda Upiór w teatrze?

Ma maskę :P

elTadziko pisze:W filmie często były różne przedstawienia - robią na scenie dodatkowa widownie wtedy, czy "prawdziwa widownia gra widownię"? Razz Upiór pokazuje się tylko na scenie? Szczególnie chodzi mi o moment kiedy się czepia, że loża jest zajęta.

Generalnie widownia nie gra; okazyjnie puszczane są owacje z taśmy. No i policja po widowni krąży w scenie obławy.

A Upiór jeśli nie pokazuje się na scenie, to rozbrzmiewa jego głos. W filmie zresztą podobnie jest.

elTadziko pisze:A jak rozwiązali powieszenie człowieka na scenie?

Kukłą.

elTadziko pisze:Dużo jest jakichś dekoracji, czy jest ubogo?

Dekoracje są generalnie różne i zależą od reżysera. Te oryginalne, używane również w Romie, są dość bogate - choć oczywiście walą sztucznością na odległość, vide wielkie balowe schody trzęsące się i latające wte i wewte kiedy na nich tańczą ;)

elTadziko pisze:Mozna gdzieś we Wrocku obejrzec Upiora?

Ich don't wiem :P

Co do filmu, to mnie się średnio podobał. O ile wizualnie ładny i efektowny, to jednak muzycznie mnie nie urzekł. Może dlatego, że zdarzało mi się słyszeć bardziej przemawiające do mnie wykonania (m.in. te z Romy) i stąd takie wybrzydzanie ;) Poza tym parę pomysłów reżyserskich mnie załamało, np. w końcówce tytułowej piosenki, kiedy Christine wokalizuje, muzyka i głos powinny przybierać na sile, a tymczasem są wyciszane. Skandal normalnie :P Generalnie do obejrzenia (tudzież posłuchania), ale można znaleźć lepsze wykonania. Szczególnie na żywo :P

romulus: Ten duet Banderas-Brightman to z koncertu jubileuszowego Webbera, czy może jakiś inny?

BTW Też sobie ostatnio podsłuchuję 'Upiora', co zresztą w moich opisach na gg widać ;)

Try to forgive
Teach me to live
"Diese nadmierne sformalizowanie starożytnego prawa zeigt Jurisprudenz jako rzecz tego samego rodzaju, als d. religiösen Formalitäten z B. Auguris etc. od. d. Hokus Pokus des znachorów der savages" -- Karol Marks
Awatar użytkownika
RaF
Katedralny Malkontent
 
Posty: 3498
Rejestracja: pt 04.10.2002 22:24
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: romulus » pn 04.08.2008 11:15

Tak mi się wydaje, że ten duet pochodzi z tego koncertu, ale mogę się tylko domyślać, bo go nie widziałem :(

Ale tu jest link:
http://pl.youtube.com/watch?v=S88rkpPu8_g

a tu na wesoło w mało zabawnej, ale fajnej parodii Gerarda Butlera w wykonaniu kwadratowej twarzy Willa Ferrella:
http://pl.youtube.com/watch?v=EkxRsrpsAcQ

Co do "Upiora..." scenicznego, to grają go tylko w TM Roma w Wawie. Nie wiem na ile pozwala im licencja, ale wątpię, aby można było klonować przedstawienie w innych miastach lub teatrach. Zwłaszcza dodatkowo przy takim rozmachu inscenizacyjnym. spektakle są wystawiane do końca października i są jeszcze bilety. Gdyby czatować na bieżąco to można chyba dobre miejsca jeszcze wyrwać. Ale na rezerwacji on - line nie wygląda to różowo. Sam szukam bez powodzenia. I faktycznie, ROMA ciasna i niewygodna.

Dzięki filmowi spodobał mi się utwór Point of no return. Na spektaklu jakoś mi "przeleciał".
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1610
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11

PoprzedniaNastępna

Wróć do Film

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość