Opowiadania w świecie Arkony osadzone

Forum polskiego systemu RPG opartego na mitologii i wierzeniach pogańskich Słowian.

Opowiadania w świecie Arkony osadzone

Postautor: Coen » ndz 04.04.2004 17:56

Sądze ze powinien sie pojawic na tym forum taki temat, w którzym fani systemu bea mogli swoje opowiadania umieszczać. Ten temat jest przeznaczony tylko na opowiadania. Ja może zaczne:

"Początek"

Stal uderzyła o krzesiwo wywołując snop iskier który spadł na natłuszczoną szmatę okręcającą jeden koniec gałęzi....

Mimo że wędrował już od świtu, z tylko krótkim przestojem w południe nie czół prawie w ogóle zmęczenia. Gęste, ciężkie, szare chmury przetaczające się po niebie wprawiały go w doskonały nastrój zaś chłodny, przenikliwy wiatr orzeźwiał doskonale. Prawie miesiąc temu, wraz ze stajaniem śniegów opuścił swoje domostwo w twierdzy Tar, daleko na południe stąd z zamiarem zobaczenie choć odrobiny tego wielkiego i wspaniałego świata o którym tyle opowiadali różni bajarze przy świetle ognisk. Wysokie skórzane buty, spodnie z wilczej skóry, lniana koszula i płaszcz z niedźwiedziej skóry stanowiły w połączeniu doskonały strój dla podróżnego, nie krepując ruchów a grzejąc dobrze w zimniejsze dni których było coraz więcej w miarę zbliżania się zimy. Miecz na ramieniu dodawał odwagi i pewności siebie, zaś sakwa u szerokiego skórzanego pasa pełna była suszonego mięsa kupionego w ostatnio mijanej wiosce. Tam też powiedzieli mu ze w lesie po prawej stronie szlaku ponoć często dziwożony się pojawiają, jednak nie udało mu się żadnej spotkać. Jednak jak szedł usłyszał po lewej nagle rosnące w siłę czyjeś, wyraźnie męskie śmiechy, po chwili dołączył do nich tez płacz i ciche krzyki. Zaintrygowany, wiedziony młodzieńczą ciekawością skręcił od razu w las. Nie musiał iść daleko, już po chwili doszedł do małej polanki ale to co tam zobaczył sprawiło że krew w nim zawrzała. Dwóch zbrojnych trzymało starszego mężczyznę za ręce aby nie mógł się wyrwać, trzeci zaś trzymał jego głowę i nie pozwalał mu zamknąć oczu, zmuszał aby patrzył jak ostatni z nich gwałci właśnie młodą dziewczynę. To w jej płacz i śmiechy tych trzymających usłyszał, mówili oni coś do siebie, ale nie znał tego dziwnego, twardego języka. Obraz ten przypomniał mu opowieści swojego przybranego ojca o tym co spotkało jego rodziców. Nie myślał długo, błyskawicznie wysuną miecz z pochwy i wskoczył na polanę pędząc w stronę zbrojnych. Trzymający starca dostrzegli go od razu i ostrzegłszy swojego towarzysza zajętego dziewczyną puścili staruszka i złapali za broń. Jednak ich towarzysz zdążył tylko wstać i odwrócić się kiedy był już przy nim. Zamaszystym ciosem rozłupał on gwałciciela od obojczyka aż do miednicy. Krew trysnęła obficie. Silnym kopnięciem odtrącił od siebie prawie już martwego wroga, ale od razu musiał niemal zablokować cios oburęcznego topora. Ostrze miecza uderzyło pod łuczysko topora zakleszczając go lekko on zaś z całej siły uderzył swojego przeciwnika barkiem odrzucając go od siebie i wyrywając mu stylisko z dłoni. Zamaszystym ciosem zrzucił topór z ostrza miecza i rąbną przeciwnika w obojczyk wbijając się nieomal do płowy mostka. Szarpnięciem wyrwał ostrze z ciała i wtedy poczuł silny ból w plecach, gdzie jeden z pozostałych przy życiu wrogów wbił mu szerokie ostrze włóczni, które jednak zatrzymało się na żebrze. Mśćiwor bo tak miał na imię poczuł jak złość przytłumiła ból i obróciwszy się zwinnie jednym zadanym obu racz ciosem roztrzaskał drzewiec włóczni, drugim zaś ciągniętym w drugą stronę płasko zdjął przerażonemu utratą broni przeciwnikowi głowę z ramion. Wtem zobaczył koło siebie jakiś ruch i potężny cios toporem w brzuch powalił go na kolana a następnie drugi, zadany płazem w twarz rozciągną go na ziemi bez świadomości. Nie widział już jak ostatni pozostały przy życiu przeciwnik wznosi oburącz swój topór nad głowę aby zadać decydujący cios. Nie usłyszał też śpiewu lecącej strzały...

Rozdmuchany ostrożnie płomień zaczął rosnąc powoli ogarniając coraz większe połacie szmaty, nabierając siła wraz z pochłanianym tłuszczem...

Ocuciło go pragnienie. Mimo bólu promieniującego z twarzy i brzucha dałby się zabić tylko za kubek wody. Wyjęczał próbując się podnieść ale ból i czyjeś wąskie dłonie go powstrzymały
- Pić - wyszeptał tylko i poczuł jak ktoś przystawia mu do ust metalowy kubek
- Tylko powoli i małymi łyczkami - pouczył go kobiecy głos. Zastosował się bez szemrania. Woda miała wspaniały smak, i była bardzo orzeźwiająca, po wypiciu wszystkiego co było w miseczce poczuł się dużo lepiej, od razu jakby ból trochę zelżał. Spróbował się rozejrzeć ale odkrył ze nic nie widzi. Ruszył ręką do twarzy i poczuł na niej opatrunek, ale jako ze dotkną miejsca gdzie jego skórę przecięła końcówka ostrza topora nieomal sykną z bólu. Wąskie dłonie kobiety złapały go za rękę i położyły ja z powrotem wzdłuż ciała.
- Gdzie jestem? Co się stało? Kim jesteś? - pytania wylały się z niego jak woda z przerwanej tamy. Początkowo w odpowiedzi usłyszał szczery, kobiecy śmiech
- Zastanawiałam się o co zapytasz najpierw - wyjaśniła - nie sądziłam ze zapytasz o wszystko naraz - A więc po kolei. Jesteś w jednym z naszych obozów, w moim domu, w czasie walki zostałeś ranny w brzuch i twarz, zabiliśmy ostatniego z twoich przeciwników kiedy chciał cię dobić, i potem zabrałyśmy ciebie, kobietę i starca tutaj aby udzielić im pomocy. A ja mam na imię Śliwa.
- Śliwa? - spytał słabo, a nieomal od razu zaburczało mu w brzuchu wywołując tym cichy śmiech kobiety - smaczne imię
- To trzeba będzie Cię nakarmić - powiedziała i po chwili przyłożyła mu cos do ust - jedź to jagody i zioła starte na papkę, nie będziesz musiał gryźć - Mściwor jadł posłusznie, ale ze względu na to ze była to paka musiał zjeść jej dużo aby poczuć się syty. W końcu jednak to się stało
- Dziękuję - powiedział, poczym spytał - Śliwa, to nie tylko smaczne ale i dziwne imię, nie spotkałem jeszcze takiego imienia, tylko w opowieściach o dziwożonach - odpowiedział mu ponownie głośny śmiech
- Jesteś wśród dziwożon - odparła śmiejąc się - i ja też jestem jedną z nich
- Ale...- zaczął nielicho zdziwiony - słyszałem, że wy gardzicie mężczyznami, nie sadziłem ze były byście gotowe mi pomóc.
Większość z nas naprawdę gardzą mężczyznami - odparła mu poważnie - ja jednak szanuje każdego który stanie w obronie kobiety - chciał coś powiedzieć ale położyła mu palec na ustach - teraz śpij, sen leczy rany i szybko staniesz na nogi...

Pochodnia płonęła jasnym płomieniem, w okolicznych drzewach grały nocne ptaki, gdzieś w oddali zawył przeciągle wilk do stojącego w pełni księżyca ku któremu wznosił się stos...

Lina napięta do granic możliwości zatrzeszczała głucho, jednak masywny konar poddał się sile ludzkich mięsni i zaczął uginać coraz bardziej. Mściwor trzymając ją w rękawicach z końskiej skóry z wielkim trudem przeszedł w bok zaginając konar i zaczepiając go pod inne.
- Naprawdę nie wiem co ci się podoba w tym zwierzęciu - powiedziała do Śliwy jej matka a za razem przywódczyni tej społeczności nosząca imię Jarzębina.
- Powiedzmy, że lubię muskularnych i kudłatych mężczyzn - odparła jej Śliwa biorąc bukłak z wodą i ruszając w stronę Mściwora, a słysząc pełne zrezygnowania westchnienie matki dorzuciła - Nie narzekaj, w końcu to twoja chata będzie.
Mściwor faktycznie niewiele się różnił od tego jak go Śliwa określiła. Był średniego wzrostu ale szeroki w barach a pod opaloną i pokrytą gęstym, czarnym zarostem skórą w miarę pracy przesuwały się grube węzły mięśni, co doskonale można było zobaczyć jako iż od pasa w górę był nagi, ze względu na upał sierpniowego dnia. Na jego brzuchu widniała dość szeroka podłużna blizna, zaś druga, biała i płytka ciągnęła się od końca prawej brwi do połowy policzka pokrytego dwudniowym zarostem równie czarnym jak jego długie, gęste włosy na głowie. Dziwożona podeszła do niego dając mu bukłak. Podziękował jej skinieniem głowy poczym zaczął łapczywie pić. Śliwa obserwowała go tylko uśmiechając się lekko. On również na nią spojrzał uważnie. Była jego nieomal zupełnym przeciwieństwem, wyższa od niego o głowę, szczupła, zgrabna, niezwykle piękna, ze swoimi głębokimi niebieskimi oczami nadającymi jej twarzy wyraz dziecięcej niewinności długich, rudych włosach. Skończywszy pić oddał jej bukłak, ujmując ja przy tym delikatnie za rękę. Uśmiechnąwszy się spojrzała w jego zielono-żółte oczy ściskając delikatnie jego szeroką, szorstka dłoń. Przez zdającą się trwać wiecznie chwilę żadne z nich się nie odezwało, patrząc tylko sobie w oczy. Nagle jednak Śliwa jakby sobie o czymś przypomniawszy wysunęła dłoń z jego dłoni i zmieszawszy się lekko powiedziała
- Musze iść, za 2 godziny wyruszamy uderzyć na mały zagon cesarstwa
- Chciałbym iść z wami, korzystam z waszej gościnności to w walce mogę wam też pomóc - odparł podchodząc do drzewa i zbierając się do wspinaczki aby odwiązać linę
- Już robisz wystarczająco, nim się pojawiłeś budowa czy naprawa domów zajmowała nam dużo więcej czasu bo musiałyśmy w kilka wszystko robić, podczas gdy ty sam sobie radzisz - odparła mu uśmiechając się - nie musisz walczyć razem z nami
- Ale chce - odparł zaczynając się wspinać - chce mieć pewność ze wrócicie żywe, zwłaszcza jedna z was
Śliwa odwróciła się lekko aby nie zauważył ze się rumieni...

Ująwszy mocniej pochodnie ruszył w stronę stosu. Dziwożony stały wokół niego zwartym kołem zostawiając jednak dla niego wąskie przejście, wszystkie milczały, niektóre miały tylko łzy w oczach ale wydawały z siebie żadnego dźwięku...

Majowy ciepły wietrzyk delikatnie owiewał ich nagie ciała, mimo iż leżeli w konarach rozłożystego dębu rosnącego nad brzegiem szemrzącego spokojnie strumyka. Śliwa przeciągnęła się budząc i uśmiechnąwszy przytuliła do Mściwora, on zaś pocałował ją w czoło i pogłaskał.
- W nocy musze wyruszyć na kolejny patrol - mruknęła niezbyt zadowolona z tego faktu przytulając twarz do jego piersi
- Pójdę z wami - zaoferował od razu, ale pokręciła głowa, nie odrywając jej od niego
- Zostań - powiedziała - wyśpij się dobrze, wrócę nim się obudzisz a i będę miała dla Ciebie niespodziankę
- Jaką niespodziankę? - ożywił się momentalnie i popaczył na nią uważnie, ona zaś uśmiechnęła się szeroko
- Zobaczysz - powiedziała zadziornie - inaczej to nie będzie niespodzianka
- No teraz to musze wiedzieć - odparł słysząc jej ton - bo inaczej zaraz wylądujesz w tym strumyku
- Akurat - odparła uśmiechając się z udawana drwiną
- Tak? - spytał wstając i podnosząc ją i idąc szybko do strumienia
- Nie ośmielisz sieee.... - zaczęła mówić jednak ostatni wyraz wypowiedziała już wpadając do strumyka. Zimna woda oblała ja całą momentalnie i kiedy się wynurzyła woda przyklejała jej włosy do twazy przez co wyglądała lekko jak stichija w noc sobótkową. Mściwor kucną na brzegu
- To jak z tą odpowiedzią? - spytał uśmiechając się
- Osz ty - odparła mu Śliwa wyskakując wody i złapawszy go za ramiona opadła z powrotem od niej. Szarpnięty Mściwor stracił całkowicie równowagę i jak długi runą w wodę. Wynurzył się szybko razem z dziwożoną i śmiejąc się zaczęli ochlapywać wzajemnie wodą, zbliżając powoli do siebie. W końcu złapał ja w pasie i przytuliwszy mocno pocałował namiętnie ona zaś oplótłszy go nogami i rękami odwzajemniła pocałunek...

Ogień od pochodni zaczął leniwie lizać nasączone tłuszczem drwa stosu które stopniowo zajmowały się buchając coraz większym płomieniem, a słup dymu począł się wznosić w stronę nocnego nieba...

Biegł szybko przez las przeskakując nad konarami i innymi przeszkodami. Rok spędzony wśród dziwożon nauczył go odpowiedniego poruszania się w lesie. Był mocno podenerwowany kiedy rano Śliwy jeszcze nie było a kiedy wróciły pozostałe i powiedziały ze wszystkie miały wrócić oddzielnie zabrał z domu miecz i błyskawicznie ruszył w stronę miejsca gdzie mieli się zasadzić na chrześcijan. Mimo, że biegł już od dłuższego czasu nie czół wogluę zmęczenia, zawsze był wytrzymały ale dziwożony sprawiły ze musiał móc długo wytrzymać aby dotrzymać im kroku. Nagle zobaczył ją, siedzącą pod drzewem. Momentalnie do niej dopadł. Wyglądała przepięknie w świetle wpadającego miedzy liściami słońca, taka spokojna i łagodna, jakby spała. Jedynie ciemno czerwona plama na ubraniu na brzuchu wokół wystającego drzewca psuła wrażenie. Mściwor opadł przy niej na kolana bliski szaleństwa, przytulił ciało Śliwy i potrząsną nim kilka razy jakby próbując ja obudzić. Kiedy zdał sobie sprawę ze mu się nie uda odchylił głowę w tył a z jego gardła wyrwał się dziki, pełen rozpaczy i wściekłości ryk, którego echo poniosło po lesie płosząc ptactwo z drzew. Kiedy ucichł Mściwor dopiero po chwili przez cierpienie jakie czół usłyszał tętent kopyt. Momentalnie odwrócił się by zobaczyć jak na polanę wjechał jeździec na czarnym jak noc rumaku bojowym odziany w równie czarna zbroje płytową oraz czarny hełm otwarty z dodanymi rogami wołu. Zatrzymał się i wyciągną miecz
- A więc ta czarcia suka zdołała ujść tak daleko? - powiedział w języku lechitów z wyraźnym obcym akcentem - bez wątpienia dzięki mocy diabła która w niej drzemała. Ale już wysłałem ja z powrotem do jej pana, a ty się nie martw, stal oczyści cię z grzechu pogaństwa. - to powiedziawszy ruszył w stronę Mściwora z wzniesionym do ciosu mieczem. Mściwor zaś chwycił za włócznie Śliwy leżąca koło jej ciała i zaczął biec w stronę jeźdźca w ostatniej chwili uskakując w bok i zaparłszy koniec drzewca o stopę ostrze skierował na przeciwnika. Grot co prawda nie zdołała przebić zbroi i ześlizną się po niej łamiąc drzewiec przy tym od pędu, jednak zdołał wysadzić jeźdźca z siodła. Gruchną on na ziemie na plecy, jednak wstał szybko podnosząc miecz który wypadł mu z ręki. Ale kiedy staną na nogi wojownik był już przy nim. Czarny rycerz złapał miecz oburącz i zblokował cios jednak nim zdążył kontratakować szeroki miecz ponownie zmierzał ku niemu. Ostrza zderzyły się jeszcze kilkukrotnie, kiedy nagle Mściwor przepuścił jeden atak chrześcijanina uchylając się przednim, a następnie uderzył z dołu trafiając przeciwnika w twarz. Rycerz zachwiał się jakoś dziwnie, miecz z rąk wypuścił poczym jak długi padł na plecy krwawiąc obficie z roztrzaskanej głowy. Mściwor staną nad nim i pełnym wściekłości dźgnięciem przebił mu gardło tuż poniżej dolnej szczeki, a następnie przekręcił miecz w ranie aby mieć pewność ze przeciwnik nie żyje. Poczuł jak wraz ze śmiercią wroga pękła stalowa obręcz okalająca jego serce, jednak pustka którą teraz w nim wyczuwał pozostała nienaruszona. Odwrócił się i wziął ciało swej ukochanej na ręce a następnie ruszył w stronę domu...

Płomień trzaskał i huczał głośno wznosząc się o wysoko ponad szczyt stosu na którym leżało ciało Śliwy, pozostałe dziwożony zaś śpiewały cicho pieśń pożegnalną. Mściwor popatrzył na przedmiot w swojej ręce, był to wykonany ze srebra prostokątny medalion, na którym z obu stron wygrawerowano błyskawicę. Był to amulet Pyruna który Śliwa zawsze nosiła bo się jej podobał mimo ze sama była wyznawczynią Mykoszy jak większość dziwożon. Nałożył go sobie, bardziej na pamiątkę po niej niż jako symbol wiary mim iż sam był wyznawca właśnie Pyruna. Popaczył po raz ostatni na stos pogrzebowy składając w duchu przysięgę. Poczym odwrócił się i ruszył w stronę czekającego nieopodal konia. Jego jak i zbroje którą teraz nosił zabrał zabójcy swojej kobiety, tak samo jak i krzyżyk na łańcuszku który okręcił wokół jelca swojego miecza. Nagolenniki, ochrona krocza, napierśnik, naplecznik, naramienniki i pancerne rękawice, miał ciągle lekkie problemy w koordynacji ruchów tym ale wiedział ze szybko się ich pozbędzie zwłaszcza ze zbroja nie była na szczęście uszkodzona od upadku z konia. Podszedł do wierzchowca i podrapał go po chrapach,
- Ona cię kochała - usłyszał za plecami pełen smutku i rozpaczy głos. Odwrócił się pobrzękując lekko zbroją, nie widział najlepiej w ciemności ale wiedział kto to.
- Wiem - odpowiedział Jarzębinie, głos mu się lekko łamał - nigdy nie wiedziałem dlaczego.
- Ja również nie - odparła a jej głos przybrał zimnego wyrazu - bardzo byłam wam przeciwna i chciałam aby cię w końcu opuściła, aby została kapłanką Mykoszy, wtedy by pewnie jeszcze żyła bo nie poszła by na ten patrol. Ale była szczęśliwa z tobą.
Mściwor nie odpowiedział, może miała racje, jakby go Śliwa nie spotkała może by jeszcze żyła. Potrząsną głową odpędzając od siebie gdybania, już i tak niczego zmienić nie zdoła, ale mimo ze bardzo chciał uczucie winy pozostało.
- Musze ci powiedzieć coś jeszcze - kontynuowała Jarzębina grobowym teraz głosem - rycerz którego zabiłeś zabił nie tylko moją córkę...ale również twoje dziecko które nosiła pod sercem.
Kolana pod Mściworem się ugięły i jakby nie złapał się siodła padł by na ziemie. Chciało mu się wyć z rozpaczy, ale już po chwili poczuł jak żal płynący z drugiej, świeżo powstałej rany kapiąc na płomień niewieści. Staną szybko o własnych siłach i nic nie mówiąc wsiadł na wierzchowca i wolno ruszył na wschód odprowadzany przez dziwożony wzrokiem. Nie obejrzał się ani razu....
Awatar użytkownika
Coen
Wojownik
Wojownik
 
Posty: 184
Rejestracja: śr 07.01.2004 23:33

Postautor: Xurt » pn 05.04.2004 15:45

"Rodu Jarogniewów Historyja"

[Fragment kroniki nieznanego autorstwa, datowany ok. 1100, znaleziony w Wolinie]

(...) Tak jeno Rodu Ludomiłów z grodu Wolin historyja kończy się. Jakoż sądów na jej temat swych rozpisywać nie będę, takowięc do dziejów zawiłych Rodu Jarogniewów z tegoż li grodu samego myślę przejść.
Dziejów owych początku mimo studiów li dociekań dojść mnie się nie udało, zali od Jarogniewa „Drwalem” w Rodzie swym zwanego zapiski me skromne w tymże li temacie się rozpoczną.
Jarogniew jeno bogobojnym li uczciwym grodu Wolin mieszkańcem był i jako ojciec jego li ojciec ojca jego drwalstwem się jął zajmować. Za małżonkę swą z Rodu Ludomiłów Linomiłę, Ludomiła „Łukmistrza” córę powziął, mając z nią dzieci szóstkę, dwóch jeno synów i córy cztery. Córy jego: Jarcisława, Jirchosława, Jadłosława za mąż dalej poszły z innymi Rodami wiążąc się – takowięc dzieje ich w innych tej kroniki częściach opisane zostały lub dopiero jeno zostaną, a najmłodszej córze – Josławie - oraz synowi najmłodszemu – Jarosławowi - rodzeństwu jeno bliźniaczemu – w dwunastym żywota roku zemrzyło się na choróbsko nieznane. Wkrótce później Jarogniew Drwal w lesie na wyrębie przez dziką bestyję zaatakowan na skutek odniesionych ran zmarł. Cóż się z Linomiłą stać raczyło tego nestety dojść mnie się nie udało – takowięc do najstarszego Jarogniewa Drwala syna w mych zapiskach przejść sobie pozwolę.
Jako zwyczaj wolińskich Rodów karze synowi najstarszemu Jarogniew swe imię nadał – takowięc dalej o Jarogniewie rozważać będziem. Jarogniew (młodszy, Kapłanem w Rodzie później nazwany) już gdy niemowlęciem był, jakoże Bogu Perunowi przeznaczony, ojcu zabrany i przez kapłanów Peruna w grodzie Wolin wychowany został i w ich szeregi wstąpił. Bogom dobrze służył, a małżonką jego Koromiła z Kazimierzów Rodu Wolińskiego, Kazimierza „Kupca” córa, została. Po niedługim czasie syna w łonie już nosiła, jednakoże na poważne choróbsko zapadła, na które kapłani, guślarze jedno jeno jedyne lekarstwo znali – z buku żółtego liści napar przyrządzony. Jednakowoż buk żółty rzadkim bardzo drzewem jest, a Jarogniew nie mógł myśli o utraty żony możliwości przeboleć, takowięc w podróż z Koromiłą li nienarodzonym jeszcze synem do Bukowej Puszczy (na pograniczu ziemi Cesarstwa Niemieckiego z wieluczańskimi grodu Szczecin ziemiami leżącej) jął wyruszył w poszukiwaniu drzewa owego, które w puszczy tej podobno w egzemplarzach czterech przez leśne stwory pilnowane rośnie. Droga dla ciężko chorej kobiety w łonie swym dziecko noszącej ciężką, trudną li niebezpieczeństw pełną była, lecz w końcu Jarogniewowi małżonkę w gorączce do grodu Szczecin mając nadzieję tam liście dostać przywiódł, jednakowoż się na miejscu okazało, iż mieszkańcy grodu lekarstwa nie posiadają li do Bukowej Puszczy wybrać się boją potworami różnorakimi się tłumacząc. Jarogniew perspektywy innej nie widząc jął się o buki żółte i ich występowania miejsce między Szczecinianami wypytywać. Gdy zebrał informacje go interesujące do Puszczy wybrać się postanowił, a widząc, że małżonka w coraz to stanie gorszym jest uznał, że wrócić może nie zdążyć i małżonkę ze sobą zabrać myślił. Takowięc tak zrobił – na wozie Koromiłę ułożył, konie zaprzągł i ruszył w mroki puszczy posępnej.
Tutaj jeno słuch o nich zaginął – jednakowoż sprawę tę wydrążyć postanowiłem i jego drogę w kierunku odwrotnym prześledziłem. W Szczecinie będąc na żadną o nim wzmiankę natrafić mnie się nie udało, lecz do grodziska Wolin dojechawszy napotkałem ja z Bogów łaski osobę, której śmierci pewien prawie byłem – Jarogniewa „Topornikiem” w Rodzie swym zwanego – ów mąż synem Jarogniewa „Kapłana” się okazał, tym jeno co go Koromiła w łonie nosiła. Za moją namową historii rodzicieli swoich ciąg dalszy li swoją własną opowiedzieć mej skromnej osobie się zgodził. Takowięc oto zacz ona.
Jarogniew „Kapłan” ze swą małżonką do puszczy się udali, za wskazówkami grodu Szczecin mieszkańców drzewa odpowiedniego szukać poczęli. Poszukiwania trwały dnia połowę, gdy zaś wreszcie buk żółty odnaleźli Jarogniew do drzewa podszedł z liści kilku zerwania zamiarem – w tym jeno momencie Koromiła jednak rodzić zaczęła. Jarogniew więc jął małżonce pomagać, aż po długim i dla Koromiły bolesnym porodzie wraz z ostatnim jej tchnieniem na świat syn wyszedł. Długo małżonkę Jarogniew opłakiwał, ciało jej na polanie zgodnie ze zwyczajem pochować postanowił. Dzieckiem, któremu imię zwyczajowo swoje własne dał, jął się opiekować jak umiał najtroskliwiej. Tymczasem jednakowoż zmrok nadszedł, a wraz z nim leśne duchy i demony – długo tu by walki i z puszczy ucieczki opisanie zajęło, takowięc na tym się jeno skupię, iż Jarogniew „Kapłan” w końcu do ziemi przyparty przez potwora jakowegoś straszliwego jął się do Peruna, Boga swego modlić – jednak nie o życie swoje, a o przetrwanie swego syna jedynego. Tak się jakoś stało, iż Peruna wzruszyło Jarogniewa oddanie i zbłąkaną w puszczy chrześcijańską grupę rycerzy na polankę na której potwór Jarogniewowi cios ostateczny zadawał, ten jednak tuż przed śmiercią grupę zobaczył i Bogu jął dziękować, z podziękami z pazurów stwora ginąc.
Stwór Jarogniewa zabił i drużynę ową przyuważył, takowięc rzucił się na nich, nie przewidując jednakowoż ich przewagi nad sobą samym. Drużyna potwora przegnała, gdy jeden z podwładnych rycerza z krzyżem zielonym na szacie wymalowanym płaczące dziecko przyuważył i w przypływie litości (który zapewne od Peruna pochodził) dziecko zabrać postanowił i wychować jak własne, w chrześcijańskim obrządku.
Gdy do domu powrócił i małżonce swej dziecko pokazał, tą również litość targnęła i przytaknęła męża pomysłowi. Ludzie ci Albrechtem li Mariką (von Vaffen – po naszemu „od Broni” to znaczy) wśród Germanów zwani młodego Jarogniewa ochrzcili w obrzędzie chrześcijańskim imię Robert mu nadając. Takowięc Jarogniew do roku czternastego żywota swego w niewiedzy pochodzenia swego pod chrześcijańskimi skrzydłami wychowany nauczył się mowy niemieckiej i nieco łaciny, jak również uczył go „ojciec”, a raczej osoba którą za ojca brał Jarogniew, wojaczki – mieczem mu nie szło więc uczył go toporem władać li tarczą się bronić. Nauczył się Jarogniew niemieckiej szkoły walki, poznał sporo jej tajników, a także świat chrześcijański li tą religię poznał dość dobrze.
Znał on jednak religię chrześcijańską od tej „pozytywnej” jak to sam określił strony, czyliż miłosierdzia li pomocy słabszym doktryny. Doktryn owych przestrzegał, jego serce czyste było, aż Albrecht go na krucjatę w wieku lat czternastu nie zabrał. Tamże przekonał się, czymże jest chrześcijaństwo – Inkwizytorów li rycerzy zakonnych bezbronnych „heretyków” mordujących, tak mężów, jak panny, starszyznę li dzieci – przejął się tym okropnie, a gdy Albrechta z mieczem się zbliżającego do na klepisku leżącej kobiety, Jarogniew zatrzymał go i jął mu wyrzucać, iż bezbronne kobiety morduje – ten zaś w przypływie złości okropnej wyrzekł do Jarogniewa słowa, których ten nigdy nie zapomni: „Robercie! Zacz li ty od nich nie lepszyś jest, ty pogański pomiocie! Co tak we mnie oczy wlepiasz? Toć nigdy ci żem nie powiedział żeś nie jest moim ni Mariki synem, a cię znalazłem w puszczy przy zwłokach heretyka jakowegoś? Wybacz, chyba zapomniałem!” – słowa te Albrecht wymówił z ironią, a pod Jarogniewem nagle cały świat się zawalił – gdy zaś Albrecht odepchnął go z drogi do słowiańskiej kobiety, ten uderzył go z siłą stolema płazem topora swego w ramię. Albrecht wtenczas miecz swój nie na kobietę, lecz na Jarogniewa skierował, nawiązała się między nimi walka – zginął w niej Albrecht von Vaffen, a Jarogniew ranien z chaty w której się to rozegrało uciekł do boru pobliskiego. Tamże na ściętego drzewa pniu usiadł li nad zasłyszanymi słowami jął się zastanawiać. Po chwili jednak poczuł czyjąś obecność – nie wiedział któż to taki, lecz pewnikiem ktoś był. Wtenczas słowa z nikąd i zewsząd dochodzące usłyszał, których mi powtórzyć dokładnie nie mógł – jeno wiem, iż to sam Perun mu się objawił li jego li jego rodu historyję opowiedział – Jarogniew więc oddał cześć Bogu ojca swego, ojca jego ojca li ojca ojca jego ojca i religię słowiańską przyjął. Perun na prośbę Jarogniewa go do grodu rodzicieli jego, Wolina za pomocą Bram Niwiańskich go przeniósł. Tamże kapłani Peruna dostali objawienie – pomóc mieli Jarogniewowi świat tutejszy li tutejsze obyczaje li język li wiarę poznać. Takowięc tak się stało, Jarogniew lat osiem już w Wolinie mieszka, znany jest tam li lubiany, a owe lata na nauce języka naszego li wiary, w świat nasz li obyczaje dzięki kapłanów pomocy poznał. Nie zaprzestał też wojaczki, szkolił się w toporach li tarczy nadal, a jako że style walki bronią wszelaką w dwóch jeno szkołach poznał – słowiańskiej li niemieckiej, takoż toporem i machnąć potrafi, i wrogi cios zbić. Nauczył się Jarogniew tutaj również jak przetrwać surowe zimy li gorące lata poza bezpiecznym grodem, jeno li podchodzić zwierzynę Jarogniew się uczy, li łuku używania czyliż zwierzyny sprawiania.
http://www.lazarus.zp.pl
Ordo Militaris et Hospitalis Sancti Lazari Hierosolymitani
Zakon Rycerski i Szpitalny Świętego Łazarza z Jerozolimy, Chorągiew Szczecińska
Awatar użytkownika
Xurt
Pretorianin
Pretorianin
 
Posty: 617
Rejestracja: sob 10.01.2004 16:14
Lokalizacja: Swinoujscie

Postautor: Bloody » wt 20.04.2004 12:45

Kolejne krople z wolna opadały na wyściułkę lasu, światło odbijając się
od nich tworzyły mini tęcze o milionach barw,świat przeżywał swój
kolejny dzień, po raz kolejny od zarania dziejów, czym więc ten różnił
od poprzednich, a może tak naprawdę nie było w nim nic szczególnego czy
ów wydarzenie w żywocie całego świata nie powtórzyło się już setny raz,
nikt nie jest w stanie stwierdzić, nawet najstarsze krzaty, a może i
nawet sama matka Ziemia.
Ów krople opadały z wolna jedna po drugiej okazując piękno, czas i
naturę, rzeczy czasem równie proste co i niepojętne. Jedna z kropel
rozpysnęła się na tysiące drobnych cząsteczek udzerzając o skórzany
czepiec leśnego wędrowca. Tenże wędrowiec w swym ręku trzymał łuk, a
przy pasie jego był miecz. Całe jego ciało okrywało skórzane okrycie
pod którym kryła się tunika o kolorze wiosny. Jego włosy jasne niczym
słońce opadały na ramiona.Owa postać wędrowała przez las, przez wieczną
puszczę. Czuła ona głód, dlategoż właśnie celu, wyruszyła ona ze swej
wioski by upolować jakąś zwierzyne. Czynność tę ów łowca dokonywał już
wiele razy, jakież jednak było jego zdziwienie gdy ujrzał świeże ślady
stworzenia które mogło mieć prawie trzy metry wzrostu i pazury długie
na dziesięć centymetrów.Wiatr był niekorzystny, pewnie bestia już
zwęszyła jego zapach, człowieczy zapach, zapach ofiary jego wiecznego
głodu krwi...
Człowiek zaczął biec w odwrotnym kierunku jak mógł najszybciej,
jednakże już po chwili gdy usłyszał za sobą trzaski łamanych gałęzi
wiedział że jest to daremne i że jego życie tutaj zakończy swa
historię. Życie tak znaczące dla niego będące jednak tylko ziarnkiem
dla losu świata. Przystanął i napiął swój łuk czekając aż ów stwór
wyłoni się spośród krzaków,Strach powodował że owa chwila przemieniła
się w wieczność, w umyśle wędrowca była ona dłuższa niż całe jego
dotychczasowe życie, dłuższa niż czas trwania całej egzystencji
dwunogów, czy to krzatów, ludzi, czy stolemów. Potężne trzymetrowe
cielsko wyłoniło się na pole widoczności ofiary, jego ciało było
pokryte gęstym futrem, przednie łapy były zakończone potężnymi szponami
które mogły rozpłatać ciało wędrowca na tysiące kawałków. Głowa owej
besti również nie wróżyła nic lepszego, lekko wydłużona paszcza miała
pełno pokaźnej wielkości zęby zakrzywione do środka by raz złapany
kawał mięsa na zawsze utkwił w owej szczęce. Jednak najbardziej
przerażające były oczy, choć nie mogły one ni ugryść, ni rozpłatać, ani
zgnieść, to jednak ich wyraz pełen nienawiści, rządzy krwi oraz
wszelkiego okrucieństwa napawały człowieka strachem potęgowanym przez
purpurowy kolor jego oczu.
Tylko śmierć, aż czuło się jej obecność.
Szybko wystrzelona strzała trafiła bestię prosto w brzuch, jednak to ją
tylko rozwścieczyło, to że ów ofiara śmie się bronić. Szybki susem
skoczyła w kierunku człowieka jednak ten zdołał uskoczyć, szybki ruchem
sięgnął po kolejną strzałę napinając łuk, wystrzelił błykawicznie
obracając się w kierunku besti, uczynił to równie szybko jak owy
przeciwnik, kolejna wbita strzała jednak nie ucieszyła już człowieka,
koncówka szponów sięgneła go równocześnie z jego sztrzałem, cały las
poczerniał i zalał się krwią czuł jeszcze tylko jak upada.
Bestia zawyła gdy strzała wbiła się w jej klatkę piersiową, choć szybko
ucichła gdy po chwili zrozumiała że jej ofiara jest już martwa,
zaczęła obwąchiwać ofiarę upajając się zapachem krwi, szorskim językiem
zakosztowała jej smaku, była ona dla niej niczym woda dla spragnionego,
gasiła jej pragnienie powodując chwilę słabości która spowodowała że
nie zauważyła gdy miecz w dłoni człowieka unosi się i zadaje jej
śmiertelny cios. Ryk besti rozniósł się po całej puszczy, potężne
cielsko upadło na słabe już coiało wędrowca, przygniatając go. Jednak
on owego ciężaru długo na sobie nie odczuwał tracąc po chwili
przytomność, na wieki jak sądził...
Kolejne krople z wolna opadały na wyściułkę lasu, światło odbijając się
od nich tworzyły mini tęcze o milionach barw,świat przeżywał swój
kolejny dzień, po raz kolejny od zarania dziejów, czym więc ten różnił
od poprzednich, a może tak naprawdę nie było w nim nic szczególnego czy
ów wydarzenie w żywocie całego świata nie powtórzyło się już setny raz,
nikt nie jest w stanie stwierdzić, nawet najstarsze krzaty, a może i
nawet sama matka Ziemia.
Ów krople opadały z wolna jedna po drugiej okazując piękno, czas i
naturę, rzeczy czasem równie proste co i niepojętne. Jedna z kropel
rozpysneła się na tysiące drobnych cząsteczek udzerzając o gęste futro
ogromnego, groźnie wyglądającego stworzenia. Na ów wizerunek składały
takie elementy jak wzrost, mający około trzech metrów, potężne długie
szpony którymi owe stworzenie mogło by zabić o wiele skóteczniej
aniżeli jakikolwiek miecz, straszliwa paszcza mająca w granicy
czterdziestu zębów, które bardziej przypominały kły. Owe zęby były
zakrzywione do wewnątrz tak aby po złapaniu swej ofiary mogły wyszarpać
pokaźną część jej ciała, jednak rzeczą najgroźniejszą był węch owej
istoty, węch prawdziwego zwierzęcego myśliwego, który nigdy go nie
zawiódł. I w tej właśnie chwili ten właśnie zmysł uświadomił go że ktoś
znajduje się w jego pobliżu, i to w miejscu przez które niedawno
przechodził. Owo stworzenie bało się go, potrafił to wyczuć, pędem
zaczął biec w kierunku swej ofiary, głód narastał, lecz nie głód
żełądka choć ten też był nie mały, a głód krwi, krwi której nie czuł
już od dobrych paru dni wydających się wiekami, a które były tylko
drobnym upływem czasu w porównaniu z obecnymi strasznie wydłużającymi
się stuleciami. W czasie biegu gałęzie łamały się pod ciężarem jego
łap, jednak on nawet ich nie słyszał, niesiony owym głodem. Gdy w końcu
wyłonił się z gęstych krzaków, ujrzał swą ofiarę, mimo jego niezbyt
dobrego wzroku spowiłego czerwoną mgłą widział że jego zdobycz jest
słaba, niska, drobna, choć trzymająca w swym ręku kij. Kij który
potrafił wyrzucać mniejsze kije wbijące się w ciało powodując ból,
jednak nigdy nie śmierć. Właśnie jeden z tych mniejszych kijów wbił się
w brzuch myśliwego, powodując ryk gniewu, że ofiara śmie się bronić, że
ma czelność próbować przeżyć.Czerwona mgła nasiliła się, szybkim susem
skoczył na swą zdobycz zamachując się swymi szponami które cieły tylko
powietrze, stwór walczący kijem zdołał odskoczyć przed jego uderzeniem,
ale ten manewr udawał się wielokrotnie jego przeciwnikom i intynktownie
lądując wykonał szybki obrót uderzając znowu swą łapą, zdołał jednak
tylko zachaczyć szponem o głowę ofiary, nie wiedział skąd, ani jak
stwór zdołał rzucić drugi kij, który wbił mu się klatkę piersiową.
Poczuł ból i jeszcze potężniejszy gniew, z jego gardziela wydobył się
ryk, ryk ten jednak szybko umilkł, gdy myśliwy zorientował się że ten
słaby cios zdołał zabić swój cel. Woń jego krwi unosiła się w
powietrzu, pachnąc słodkawo i delikatnie, owy zapach upajał zwyciężcę,
lekko swym szorstkim językiem skosztował krwi swej ofiary, smak był
wspaniały, powodujący podniecenie i jeszcze większy głód do jak
najszybszego go zaspokojenia. Otwarł swą paszczę i wgryzł się w jego
krtań, gdyż wiedział że to miejsce jest nasmaczniejsze. Delikatne
miękkie mięso wbijało się między zęby, czuł jak krew w owym właśnie
miejscu pulsuje tryska do wnętrza jego paszczy po czym wycieka między
zębami spływając po futrze aż do ziemi, było to najpiękniejsze uczucie
jakie owy myśliwy znał. Gdy przełknął pierwszy kęs dźwignął swój łeb i
wydobył z swej krtani krzyk tak głośny że rozniósł się na całą chatę, a
nawet poza nią. Bojmił otworzył w krzyku swe oczy i po chwili
zorientował się że to był sen, a on sam znajduje się w chacie w wiosce.
Głowa strasznie go bolała, ręką próbował dotknąć swego policzka jednak
poczuł grubą warstwę bandaży. A więc to była prawda, znaczy się ten
pierwszy wydający się snem, bo ten drugi był naprawde tylko koszmarem.
Ale skoro to był tylko koszmar to dlaczego nawet delikatne promyki
słońca wbijające się do pokoiku przez małe okienko wydają się
przesączone krwią?...
Jednakże nawet jeśli ktoś znał odpowiedź, to jej nie udzielał. A może
ta osoba sama jej nie znała, albo po prostu nie chciało jej się ją
udzielać setny raz.

Moja twórczość jest troszku inna, no ale recenzje pozostawiam wam ;)
Swoją drogą, w tym topicu można by dawać nie tylko opowiadania,ale także wrzucać historie stworzonych przez siebie bądź graczy postaci. ja bym chętnie cos takiego poczytał :) Sława
Excitate vos somnus non eat....
Awatar użytkownika
Bloody
Lord
Lord
 
Posty: 1079
Rejestracja: śr 10.03.2004 4:38
Lokalizacja: Wieszowa

Postautor: Brzozomir » sob 08.05.2004 19:11

"Brzoza:

Biegł. Strużka krwi spływała mu po czole, w okolicy brody, łącząc się z innymi, kąpiąc po skórzanym kitlu w końcu łączyła się z resztą posoki na spodniach, lepiących się do włochatych nóg chłopaka. Nie trzeba było uciekać przez cierniowe krzaki….

Biegł wciąż. Ze zmęczenia ciemniało mu w oczach, a na dodatek spływająca jucha również zasłaniała widok. Czuł jednak, że choć uciekł w góry, w las, wciąż to cos go goni. Słyszał pochodzące od demonicznej istoty sapania, a nawet stukot walenia stóp o matkę ziemię. Nie wiedział…
W biegu obejrzał się. Nie wiedział ile staj przebiegł, a zapadała już noc. Uciekał już długo, bardzo długo. W tyle czerwone ślepia pędziły za nim. Widział swego przyjaciela i siebie, kiedy wybrali się zawczoraj na polowanie. Zauważyli pięknego wilka. A że byli uważani za najsilniejszych w zamku, zabrali ze sobą tylko dzidy. Wilk podczas niefortunnego ataku chłopaków ugryzł Markusa w ramię… potem Markus się już nie pojawił, „a biedny mój przyjaciel”- wspomniał uciekinier. Potem włochata bestia go zaatakowała, zaraz po zniknięciu Markusa. Czartowski zwierz gonił go długo, a właściwie ciągle, od czasu jak począł uciekać. Zmasakrowało go raz a potem….znów uciekał…

Znów obejrzał się do tyłu za siebie. Czartowskie ślepia zniknęły. Uff…Mógł się cieszyć, Jezus dał mu uciec….

-Chwała Bogu!!! -ryknął chłopak po łacinie, iż pochodził z uczonej, rycerskiej rodziny.

ŁUP!!

Zamiast wieczornego nieba i lasu widział ciemność… Z ciemności wyłoniło się kilka postaci. Kilka emanowało lekkim szaro-kolorowym światłem. Tam mignęła tarcza, topór, garść wyrwanych zbóż, Postacie, w półcieniu, chwilę rozmawiały w dzikim języku, a piękna ponętna niewiasta patrzyła na chłopaka z politowaniem. Postacie się obróciły, cofnęły, pierwszy odszedł wielki mężczyzna, z kamiennym, skrzącym się piorunami młotem. Postacie poszły sobie. Chłopak dopiero powstał, poczuł ulgę na umyśle oraz na ciele, ani jednej blizny, ani jednego zadrapania….Popatrzył na rękę, wystawioną przed twarz.

-Zwariowałem hahahahaHAHAHA - ha- przez zamknięte oczy zaczął się śmiać. Kiedy je otworzył, widział już kolorowy świat.
Leżał w chacie na posłaniu z niedźwiedziej skóry. Nad nim stała oparta na swych kolanach piękna dziewczyna w ciemnych włosach, po chwili infantylnym smiechem powiedziała:

-Sława.

-Guten Nacht- odrzekł, chłopak, domyślając się co rzekła, choć nie rozumiejąc. Zaraz potem zapiekły go straszliwie poharatane przez cierń wargi.

-Niemiec? Tak?- zamyśliła się.

-Tak-odpowiedział twardo niemieckim akcentem, gdyż znał do słowo, z podań ludzi, kupców. Ona coś tam mówiła głaszczą coś obok posłania, a on wpatrzył się w jej krągłości.

Znów cos rzekła i odeszła, z łukiem i kołczanem pełnym strzał. Zaswędziła go głowa. Chciał się podrapać, ale ku swemu zdziwieniu na głowie miał opatrunek z nasiąkniętego aktualnie krwią materiału. Zapiekły go rany na zniszczonych rekach. Coś w nim pękło. Zauważył że głowa, ręce, nogi, są żywymi strupami, mogącymi zaboleć w każdej chwili. Zerknął na dół, poniżej skór niedźwiedzich. Ach! Co poczwara stała pod jego łóżkiem! Strach go przeleciał, wiedząc że zaraz zostanie pożarty przez inną czartowską potworę. Zaczął się śmiać z ironii losu i płakać z powodu padołu ludzkiego. Nawet rąk do modlitw złożyć nie mógł!(choć skórzana kurta chroniła go podczas ucieczki w łokcie i ramiona, bolały i krwawiły mu ręce) Z bólem sobie przypomniał, ze od dawna ma pas rycerski i powinien zachowywać się jak prawdziwy wojownik…”mam już przecież 16. lat…” z determinacją począł szukać za jakimś ostrym przedmiotem wokół siebie. Poczwara go przecież nie zje tak zaraz. Zerknął, poczwara chyba coś robiła ze swym futrem, nie wiedział co to- „rytuał?”- zaklął rycerzyk w duchu że pomału jego koniec. Od poruszania się rozbolała go poharatana twarz, szyja, a nawet palce u stóp. Z policzka znów polała się krew.

-Czarta to rozjuszy-szepnął sobie- zasmakuje na węch mej krwi…
Z bólem przekręcił głowę jeszcze raz w jego stronę. Potwór się oblizywał po łapach.

-A to jucha diabelska, na myśl o mym mięsie oblizywać się zaczyna, tak?
Zmotywowało go to do walki. Nie czuł już że jego szyja, skrzepły strup, poczęła się rozlatywać. Niewiadomo skąd, ale wyciągnął brązowy nóż, chwycił za kościaną rączkę i wpił potworze w czaszkę. Ta wzdrygnęła się, a potem zmarła, jucha z czaszki spłynęła na podłogę rozpływając się tu i ówdzie. Martwe ciało zsunęło się na deski...

W lesie można było wtedy słyszeć opętane krzyki, wiktorii, a że dziewczyna z polowania wracała, już w te pędy pobiegła. Wbiegła do chaty. Na posłaniu leżał nietknięty chory, a na ziemi tuż obok, kot, piękny żbik, którego dziewczyna od dawna hodowała. Wojownik leżał na łóżku, z wyłupiastymi oczyma, śmiejącymi się do nieba. Usta się powiększyły, na żabią szerokość. Widocznie nie czuł już bólu, a kiedy ona do niego podeszła, on zaczął krzyczeć:

-Dziewico szatana! Opuść to ciało!! Rzucił brązowym nożem w nią, a ona schyliła się, także nóż w nią nie wleciał…

-Szmato, tego żbika od małego chowałam!
Pochyliła się ku podłodze, otwierając w podłodze takiż schowek. Wyjęła z niego nadziak, który ukradła ponoć jakiemuś dyplomacie niemieckiemu, a nawet słyszała że był Palatynem Ottona…Była przecież zbójczynią doskonałą w tych okolicach…

Jego wybałuszone, opętane czymś oczy wzbudziły pogardę w dziewczynie.

Poczuła jak ciepła stróżka krwi spływa z nadziaka na jej palce, łącząc się z innymi, kapiąc na jej pikowany skórzany kaftan, a potem rozbryzgując się o podłogę, łącząc się z krwią kota i Niemca…Poczuła ulgę.

-To chyba pójdę się zabawić i opić w grodzie-powiedziała do siebie z uśmiechem. Była przecież najgładszą dziewczyną i najlepszym zbójcą w okolicy- Krew dziwożon, Brzoza
Awatar użytkownika
Brzozomir
Rycerz
Rycerz
 
Posty: 492
Rejestracja: sob 24.04.2004 22:24
Lokalizacja: Gdańsk!

Postautor: Brzozomir » ndz 09.05.2004 1:06

Opowiedanie Bloodyego było najlepsze, niewiem jak tam moje, ale uciekajacego przed "czymś" wymysliłem sam, a to opowiadanie, jest częściowo o mojej ostaci w ARKONIE.
Awatar użytkownika
Brzozomir
Rycerz
Rycerz
 
Posty: 492
Rejestracja: sob 24.04.2004 22:24
Lokalizacja: Gdańsk!

Postautor: Bloody » ndz 09.05.2004 3:30

He he dobrze gada, dajcie mu miodu :D

PS Oba posty są chyba do przeniesienia do odpowiedzi i komentarzy dotyczących opowiadań.
Excitate vos somnus non eat....
Awatar użytkownika
Bloody
Lord
Lord
 
Posty: 1079
Rejestracja: śr 10.03.2004 4:38
Lokalizacja: Wieszowa

Postautor: Brzozomir » ndz 09.05.2004 10:09

Miodu, to se moge sam wydrapać z ucha....
A co do opowiadań to dopowiem jeszcze, że Xurt miał najbardziej pogmatwany(czyt. staropolski) język i mi sie czytać niechciało.... :oops:
Awatar użytkownika
Brzozomir
Rycerz
Rycerz
 
Posty: 492
Rejestracja: sob 24.04.2004 22:24
Lokalizacja: Gdańsk!

Postautor: Vissim » ndz 09.05.2004 11:21

I oto właśnie chodzi ...opowiadanie ma utkwic Ci w pamięci i masz dobrze wiedzieć czego dotyczy ... Zauważ żę jego opowiadanie jest napisane klimatycznie ... Powiem szczerze że Bardzo jest trudno napisać takie opowiadanie by było klimatycznie spójne i dobrze odzwierciedlało historię

Więc Sława tobie Xurcie ;)...

Podpadacie mi, jak zauwazyl Bloody od komentow jest inny temat, za 2 dni skasuje te notki jak ich nie przeniesiecie do odpowiednich tematow - Uzariel
Czym jest śmierc dla zwykłego człowieka??
Awatar użytkownika
Vissim
Najemnik
Najemnik
 
Posty: 97
Rejestracja: wt 13.01.2004 9:27
Lokalizacja: Skarżysko

Postautor: Brzozomir » pn 10.05.2004 20:12

Sory Uzariel, ale nie mogłem sie powstrzymac.

Nie mówię przecież że nie podziwiam xurta za jego staropolszczyznę, (sam tak chciałbym tym władac...)

No ok, ale na przyszlosc wysylaj mi takie uwagi na pw i uwazaj gdzie co piszesz! - Uzariel
Awatar użytkownika
Brzozomir
Rycerz
Rycerz
 
Posty: 492
Rejestracja: sob 24.04.2004 22:24
Lokalizacja: Gdańsk!

.

Postautor: maly_michal » sob 09.07.2005 9:04

a może wspulnie napiszemy opowiadanie??
niech ktoś zacznie i napisze 1-2 zdania, a reszta bedzie coś dopisywała. też po 1-2 zdań. tylko najpierw trza by ustalić pewien szkielet, bohaterów...
maly_michal
Pustelnik
Pustelnik
 
Posty: 4
Rejestracja: pt 08.07.2005 11:13

Re: .

Postautor: Tyhagara » sob 09.07.2005 10:17

maly_michal pisze:wspulnie

I nauczyć się ortografii.
Tyhagara
Lord
Lord
 
Posty: 1207
Rejestracja: ndz 11.01.2004 15:30

Postautor: Bloody » sob 09.07.2005 13:03

Niekoniecznie 1-2 zdania, można ile sie chce, tylko żeby ludziska pisali. Jak znajde czas to sam może coś takiego tutaj założe, Brzozomir zresztą pewnie ejst za ;)

A swojąd rogą od komentarzy był inny topic, niech jakis modarator przeniesie te posty gdzie być powinny :)
Excitate vos somnus non eat....
Awatar użytkownika
Bloody
Lord
Lord
 
Posty: 1079
Rejestracja: śr 10.03.2004 4:38
Lokalizacja: Wieszowa

Postautor: Zuhar » sob 09.07.2005 23:25

Sugerowałbym, żeby trzymać się tamatu, zamiast zwalać robotę na moderatorów. Przy następnym takim numerze, potraktuję jak spamerów, z wszystkimi tego konsekwencjami. Banów też nie wykluczam.

A jak będę miał chwilę czasu na pierdoły to posty usunę. To się robi zdecydowanie szybciej niż przenoszenie.
Awatar użytkownika
Zuhar
Mechanik Pokładowy
Mechanik Pokładowy
 
Posty: 678
Rejestracja: śr 11.12.2002 14:13
Lokalizacja: Łódź

Postautor: Donatius » śr 28.12.2005 14:01

Dawno już nikt nie zamieszczał żadnych opowiadań, więc może juz czas ponownie ozywić ten wątek...

fragment opowadania, które przygotowuję w pocie czoła
Zaznaczam iż nie nalezę do twórców wysokich lotów...

Drzwi otworzyly sie z łoskotem, i do izby wpadlo kilku zbrojnych. Kopniakami przepędzili ujadające psy, po czym skierowali sie ku izbie w której mieli zastać cel swego najscia. Za nimi do srodka powoli wszedł mężczyzna okryty czarnym plaszczem. Widoczna spod owego odzienia kolczuga z charakterystycznym znakiem, oraz duży wiszący na jego piersiach krzyż mowił już wszystko. Inkwizytor. A tam gdzie pojawia sie Inkwizycja, nie ma juz zmiłowania , ni litości.
Gospodarz widząc owego człowieka skulił się w kącie jak sparaliżowany, poczym zacząl konwulsyjnie trząść się ze strachu na widok całego zajścia
-Robercie Mudelo – inkwizytor począł wolno mówić w kierunku gospodarza owego domu, mając przed soba pergamin z bardzo charakterystyczna czerwona pieczęcia- W imieniu Świętego Officium, oraz w imię Naszego Pana Jezusa Chrystusa i panującego nam świętobliwie Ojca Swiętego aresztuję cię pod zarzutem sprzyjania herezji, oraz sprzyjaniu poganom i ich bluznierczym praktykom.....Na mocy tego dekretu zostaniesz doprowadzony do Inkwizytoriuum, gdzie tam w majestacie prawa, pod świetą przysięgą odbędzie sie inwestygacja, podczas której starać sie będziemy oczyścić twą duszą, jakże skażoną diabelskim nasieniem...Nie skonćzył, gdy niewielki człowieczek lekko poderwał się z ziemi, po czym zaczał rozpaczliwie wrzeszczeć
-Nie !!!! – krzyknął – Ja nic nie zrobilem!!!! Nie mam z tym nic wspolnego. W imie Pana. Jestem niewinny. To jakieś nieporozumienie!!!!
Nie dokończył, gdyż jeden ze zbrojnych dał mu okutym butem solidnego kopniaka w szczękę, gruchocząc przy tym jej dolna część. Z ust Roberta Mudelo popłynęła krew. Drugi zbrojny poprawil mu metalową palką przez głowę, tak ze ten skulił się w kącie i zamarł bez ruchu.
-Zabierzcie te pogańskie ścierwo – inkwizytor rozkazałl swym ludziom.
Wychodząc z domu owego człeka, nakreslil białą kreda na jego drzwiach znak krzyża, symbol iz dom ten jest spaczony poganską herezja, a kosciół ma zamiar wyplewić z miejsca tego bluźniercze zwyczaje i praktyki. Jednakże w praktyce nie miało to już najmniejszego znaczenia. Ów człek ten , winien czy tez nie juz teraz za życia był martwy. I nie tylko on. Jego dobytek zostanie przekazany jako własnośc Kościoła, a rodzina jego zostanie napiętnowana znamieniem heretyków – o ile uda im sie przeżyć. Inkwizytorium juz sie tym zajęło...
Ordo Templi Boreis- Polska Komandoria Fratres Militiae Templi
Awatar użytkownika
Donatius
Wędrowiec
Wędrowiec
 
Posty: 55
Rejestracja: pn 19.12.2005 10:12
Lokalizacja: Z ziemii kutnowskiej


Wróć do Arkona

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość