W Chołubinach. Opowieści zbiór krótkich.

Czyli najstarszy system świata.

Moderator: Jakub Cieślak

W Chołubinach. Opowieści zbiór krótkich.

Postautor: Jakub Cieślak » sob 29.11.2003 15:06

Niniejszym rozpoczynam nowy cykl opowieści będący rozszerzeniem moich opowiadań dotyczących świata DnD: Skraju, który jest opisywany na stronie Katedry DnD. Od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem stworzenia serii krótkich opowieści (dygresyjek, jak je nazwałem) zamykających się w pewnej wspólnej ramie czasu i miejsca. Wszystkie mają dotyczyć miejscowości Chołubiny, bądź jej mieszkańców, tudzież goszczących w niej niezwykłych osobistości.
Będzie osobny topic poświęcony komentowaniu wydarzeń w Chołubinach i dyskutowaniu o postępkach bohaterów i planowaniu ich przyszłości. Tam będziemy omawiać wszystkie szczegóły techniczne opowieści. W tym topicu będą znajdować się JEDYNIE same historyjki- dygresyjki. Mam nadzieję, że podłapiecie ideę i z czasem sami zaczniecie dopowiadać dygresyjki o życiu w Chołubinach.
Chołubiny to niewielka wioska leżąca przy jednym z bocznych gościńców, którymi zwykli podróżować wszelacy bohaterowie waszych przygód. Wioska jest tą wioską, którą odwiedzacie, gdy chcecie zaopatrzyć się na kolejne dni wędrówki i na kolejno wykonywane "questy". Wy tak naprawdę normalnie nie zwracacie uwagi na takie szczegóły, ale takie właśnie wioski pokroju Chołubin żyją normalnym życiem i są pełnymi niesamowitych wydarzeń miejscami.


W Chołubinach.
odcinek I

Tak sobie siedzę i obserwuję trakt przebiegający przez środek naszej wioski. Myślę sobie, że niewielu ma szansę poznać naszą mieścinę w normalnej postaci. Młodziaki pod wodzą Przemka stoją na straży i w razie co ostrzegają nas o zbliżających się wozach, wędrowcach, wojskach i innych, którym zdarza się przejechać tędy. Mamy wtedy odpowiednio dużo czasu by móc się przygotować na wizytę gości. Podnieść odpowiednio ceny w karczmie, przystroić i wystawić córki w nadziei, że który chłop zechce się żenić. Mamy czas, by dać chodu z wioski, jak mają nas okradać. Albo jak poborca jedzie, możemy schować wszystkie dobra i skutecznie udawać biedną zapadłą dziurę, gdzie ludzie żyją z obgryzania korzeni i z kurwienia. Tak też każdy przyjezdny widzi naszą wioskę na swój sposób, ale taki sposób, jaki my chcemy by on widział. Skomplikowane to niby, ale dzięki temu żyje nam się tu wcale dobrze. Kłopoty nas nie omijają, co więcej jeden tu zamieszkał na stałe, no może nawet ze dwa. Ale nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło. Sam dobrze wiesz, dobrodzieju, jak to jest. Żeby życie miało smaczek raz zaraza raz podatek. No i przypałętał się tu jeden taki czarownik. Kazał se wieżę stawiać i usługiwać na różne metody. Już mieliśmy mu grobek kopać jak to poczyniliśmy dla pewnego Micha grabarza. Aleśmy jednak za namową Peruka powstrzymali się od zaciukania dziadowiny. Młynarz stwierdził, że możemy dać mu szansę, bo z takiego czarownika to może być niezły pieniądz, no i protekcja od wszelakiego niebezpieczeństwa. No więc daliśmy mu dwa miesiące próbnego okresu. Z początku było ciężko, byli tacy, co im cierpliwość puszczała. Bo do wioski zjeżdżali się różni przemądrzalscy na wizytację do Kasjopeja, do jego nowej pięknej wieży wybudowanej tymi o to rękami. Zarobek był nijaki, żadne tam skarby, ale Kasjopej obiecał jeszcze nam się odwdzięczyć. Ci niecierpliwi więc przenieśli swoje emocje na kark Peruka, który dostał ciężki łomot i ostatnią połowę okresu próbnego czarownika spędził w łóżku. Ci goście Kasjopeja, w większej części takie magusy, to straszne pany i przemądrzalskie. Kazali się podejmować jak królowie, wybrzydzali i tylko wrzask podnosili, że w świnie zamienią całą wioskę, że za skarby nie zapłacą nam za solidną obsługę. Zapowiadało się więc, że pożegnamy pana Kasjopeja i ślad po nim zaginie. Mogiłka już była wykopana. Tym razem jednak niepotrzebnie. Równocześnie z mądrymi gośćmi pana Kasjopeja zaczęli pojawiać się różni poszukiwacze przygód, co to rzadko do nas zaglądali. Teraz ich dwa razy więcej, bo ciągną do baszty po różne specyfiki i magiczne narzędzia wyrabiane przez naszego magusa. Wtedy i nam coś skapnie, bo zwykle przenocują u nas, kupią jedzenie na drogę, czasem jakieś inne na podróż potrzebne rzeczy. Cen im nie wymyślamy znacznych, bo i nie ma po co. Tylu ich teraz, że nie ma co się obcyndalać z windowaniem wartości. No chyba, że na jelenia trafimy. Sam Kasjopej nam czasem znać daje, że odwiedza go wyjątkowa jełopa, co ją warto i łatwo z sakiewek obskubać. Wyłazi taki delikwent z baszty z zadowoloną miną niosąc jakiś przewartościowy i tylko w jego mniemaniu magiczny artefakt. No to my go oskrzydlamy i obrzucamy pochwałami, że oko ma, że widać, że profesjonalista w każdym calu, bo takie rzeczy utargował u naszego chciwego magusa. No i już składamy mu kolejne "okazyjne" oferty zakupu różnych "niezbędnych każdemu poszukiwaczowi przygód" przedmiotów. Czasem uda nam się sprzedać spadki po magusie. Te spadki po magusie to takie rzeczy, które magus albo sam wyrzucił, albo nam oddał myśląc, że może nam się na coś nadadzą, bo jemu ani trochę. Płodny ten umysł Kasjopeja, ale nie zawsze mu tam te eksperymenta wychodzą no i mamy potem takie samonapełniające się dzbany, które się owszem napełniają, ale i przepełniają. A duża część spadków po Kasjopeju trafia do mojej niezwykłej galerii osobliwości zapełniającej karczmę. Nad ladą wisi pług samobieżny. Problem polega na tym, że on samobieży jak się go nie trzyma i nie kontroluje. Tylko go pochwycisz, on staje. A tak puszczony wolno zapyrtala po polu gdzie mu się żywne podoba. Jakeśmy go testowali po raz pierwszy to wszedł w szkodę Perukowi i parę świnek kowala wystraszył na śmierć. Nim go złapaliśmy pół wioski było przeoranej. Ale to już osobna opowieść.
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Jakub Cieślak » sob 29.11.2003 18:49

W Chołubinach.

Odcinek II

Ostatnio dość nieprzyjemnych historii do wioski dociera, że szczekacze pod miasta podchodzą, że odważniejsze i bezczelniejsze w swych wypadach stają się. Okrutne to bestie i paskudne. Okrutne i bezlitosne maszkary zjawiają się zawsze we mgle. Nie wiem, skąd się ta mgła bierze, ale sprawka to czartów na pewno. Zawsze się pojawi zwiastując ich nadejście. Gęsta, nieprzenikniona, przeszywająca chłodem, dreszczem i strachem. I wtedy, kiedy już wiesz, że uciekać nie ma sensu, bo końca nosa nie widzisz. Kiedy czujesz ogarniające cię zagubienie. Słyszysz ten dźwięk. Najpierw jakby kłapnięcie, uderzenie pustego drewnianego kubka o drugi. Później pojedyncze szczeknięcia. Wiesz jak pies szczeka, więc od razu wiesz, że to nie psy. Chciałbyś, żeby to były psy. Rozglądasz się z przerażeniem, chcesz uciekać, schować się, tracisz orientacje, ludzie zaczynają panikować, konie robią się niespokojne. Do momentu jak ktoś wypatrzy ślepia. Świecące żółtym blaskiem, wielkie niczym jabłka. Straszne. Mnożą się, poruszają się niespokojnie. Nie umiesz w tej piekielnej mgle dobrze ocenić odległości, ale wiesz, że krążą wokół was gdzieś w odległości parunastu łokci. Porozumiewają się, szukają okazji do ataku. Powinieneś wiedzieć, wszyscy powinni wiedzieć, że nie należy zbijać się w ciasną grupę. Jednak czynisz tak, bo nic nie widzisz i chcesz czuć się bezpieczniej ze swoimi. Jesteś ich ofiarą, wiesz to i głupiejesz ze strachu. Wtedy następuje atak. Rzucają się wściekle. Nigdy nie atakują falą, nigdy frontalnie. Najpierw kilka sztuk wskakuje prosto w zgromadzonych ludzi, pomiędzy wozy. Powodują panikę, wprowadzają zamieszanie. Wtedy atakują pozostałe.
Mieliśmy wtedy najętą liczną ochronę. Na cztery wozy mieliśmy szesnastu zbrojnych. Dodatkowo przyłączyli się jacyś wojownicy. Jakiś mieszaniec z jakimś wojownikiem, co miał całą gębę w tatuażach. Bohaterowie, najemnicy, nie chcesz ich znać, bo za nimi idą zawsze kłopoty. Wolisz jednak jak są blisko, kiedy zbliża się niebezpieczeństwo. Skuteczni są. Ci mieli jeszcze ze sobą czterech drawinów. Zaprawione w bojach krasnoludy budziły respekt nawet wśród naszej ochrony. Z ochrony zostało dwóch, krasnoludy padły, przetrwali tylko ci dwaj. Z karawany przeżyłem tylko ja i kilka koni. To była masakra. Do Chołubin dotarliśmy pod wieczór. Widziałem twarze ludzi, którzy wyszli nas powitać. Ten widok był równie zatrważający. Tych dwóch zabrało ciała krasnoludów w dalszą drogę. Do gór, by tam pochować ich zgodnie z drawińskim obrządkiem. Uczuć niewiele okazywali, ale było widać, że właśnie stracili czterech swoich przyjaciół. Oddałem im ocalałe beczki wina z Salter Alten. Należało im się. Pozostali z ochrony osiedli w Chołubinach. Zajęli się rolą, znaleźli sobie żony. Nie chcieli znowu zobaczyć tych świecących oczu. Teraz, kiedy to wspominam i słyszę, że szczekacze podchodzą śmielej pod nasze osady, boję się, że znowu trzeba będzie zmierzyć się z tym strachem. Jutro zwołam spotkanie starszyzny. Trza się przygotować na wypadek pojawienia się tej mgły.
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Jakub Cieślak » czw 18.12.2003 9:06

Odcinek III

Nie mam nic przeciwko pałętającym się poszukiwaczom przygód. Niech nawiedzają naszą zacną mieścinę, niech wydają w niej pieniądze na piwo i jedzenie w karczmie, na uciechy, kąpiele, na nowy ekwipunek zakupiony u kowala, albo u naszego magusa. Tylko ta ich przeklęta ignorancja i zadufanie czasem mogą być irytujące. Jakby świat istniał tylko dla nich. Przypominam sobie historię takich dwóch bohaterów, co do nas nadjechali. To było krótko po zimie zeszłego roku. Pamiętam dobrze, bo kiepski ruch w interesie był. Ludzi nie nosiło tak po świecie, gościniec nasz opustoszał. Chłopcy wręcz zniechęcili się do pilnowania dróg. Nagle, ni stąd ni z zowąd pojawili się dwaj wielcy bohaterowie. Triumfalnie wjechali do miasta, zatrzymali się przy mojej gospodzie. My już gotowi na ich przywitanie z odpowiednimi cenami czekali, córki w gospodzie wystawione na pokaz, magus powiadomiony.
Od progu wrzask:
- Piwa dajcie, konie nakarmcie i w stajni na noc przechowajcie i pokój dajcie jakiś. Byle nie dla kmiotków i z balią żeby był. Niewiasty doń jakieś wrzućcie, będziem tu nocować.
Ja tam już widzę te uśmiechnięte gębule zadowolonych z siebie rębajłów i wiem z kim mam do czynienia. Z oczu takiemu pogarda wyłazi. Wydaje się mu, że koniec świata jest za jego plecami. Odesłałem Marionnę do kuchni, coby się po sali nie krzątała. Ona już cięta na takich, zaraz by im do piwa napluła, albo kaszę przesoliła. Ładna dziewka, ale nie lubi takich gburów. Kaszę im i piwo podali, oni oczami na żarcie i mówią, że świńsko ich traktujemy. Ich, bohaterów! Popatrzyliby na siebie. Potrzeby godne szlachetnych rycerzy, ale za grosz tego poziomu manier, czy choćby zasobności mieszków. Łachmaniarze. Jednak ja tam im pluć i wypraszać nie będę. Raz, że interes nie szedł to i z takich się cieszyłem, dwa, że to niewiadomo, czy łobuzy to jakieś nie będą. Widzę jednak, że Maszela z Kaloszym spostrzegawczy byli. Piwo im jeszcze wzroku nie stępiło. Widzę, jak po cichu z lokalu się wynoszą. Goście nic nie podejrzewali, że szykowała się na nich cała wioska. Wystarczyłby jeden ich ruch, jeden powód. Grobki tu już od dawna na takich mamy przygotowane.
I tak nasi wielmoże pałaszują głośno kaszę, za drzwiami na nich pół wioski z grabiami czeka, a ja tylko czekam na zapłatę. Patrzę se na nich. Ludziska normalne, żadne tam drawiny, czy elwiny. Miecze, łuki, kołczany, jakieś liny, czego to oni przy sobie nie mają. I to wszystko przy sobie, bo przy koniach to drugie tyle. Że też im się chce tyle tego wozić po świecie. Wtem do gospody wpada dwóch ludzi. Ja zdziwiony, bo nie spodziewam się nikogo obcego. Wnet poznaję, że to poławiacze. Z nimi nie ma co zadzierać. Twarde chłopiska. Oczami po lokalu szperają, bo gębach się rozglądają. Tamci od nich odwróceni, nawet łbów znad misek nie odkręcili. Poławiacze wyłapują ich wzrokiem i dalej do nich.
- Pójdziecie z nami- mówi jeden z poławiaczy. Nic więcej. Bez żadnego przywitania.
- A niby czemu? A jak nie zechcemy?- Słyszę drwinę w głosie.
- Jesteście poszukiwani listami gończymi. Odstawimy was do Ankrondu. Żywych, bądź martwych. To już od was zależy.
- Nie trudźcie się. Lepiej dla was będzie, jak wyjdziecie tak szybko, jak tu weszliście.
Poławiacze nie mieli ochoty toczyć dalej tej bezsensownej dyskusji. Rozweselenie tamtych wyraźnie świadczyło o ich stanowisku wobec słów poławiaczy. A raczej o głupocie. Schowałem się za ladą. Nie lubię patrzeć na rozlew krwi. Słyszałem tylko świst mieczy przecinających powietrze, krzyki, wrzaski, charkot, walące się ciało na podłogę. Spojrzałem pod stołem. Zobaczyłem jednego gałgana z rozciętą szyją. Na ziemi. Dalej szczęk zderzającej się broni. Trzask łamanego drzewa. Kolejny rumor opadającego ciała.
- Litości!- Usłyszałem głos ostatniego żywego bohatera.
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka


Wróć do Dungeons & Dragons

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron