Muzyka filmowa...

Coś dla ucha.

Moderator: Sorden

Postautor: Jakub Cieślak » wt 19.09.2006 21:37

No widzisz, Aziku, ucho mam czułe na stukot klawiszy "ctrl+c" i "ctrl+v", których nadużywa Zimmer. :)
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Jakub Cieślak » czw 21.09.2006 11:53

A teraz kolegów zapraszam do zapoznania się z OSTem z archaicznego "The Good, the Bad & the Ugly", czyli spaghetti westernu z Cintem E. Muzyka w wykonaniu Ennio Morricone (który jest na pewno dinozaurem muzyki filmowej) to coś tak elektryzującego i niezwykłego, że wszyscy czołowi twórcy Hollywood mogą się schować za batutę. Hornery, Zimmery i inne takie to po prostu gwizdki przy tym. Nie ma tu chóru na tysiące gardeł, wystawności sekcji smyczkowej i tego wspaniałego rytmu typu dum dum dum. To styl lekki, wykwintny. Jest wielki temat przewodni, serwowany niezbyt gęsto, zatem tymbardziej magiczny. Wspaniałe pomysły na wykorzystanie wokalu, gdzieś pobrzmiewajaca gitara tworzą taki klimacior, że człowiek sam sięga po wysuszonego peta, wyciąga stare skórzane naszki z szafy i idzie prężyć muskuły do lustra, robić te magiczne mrużenie oczu Clinta. Na sam dźwięk tej gitary wyrasta dwudniowy zarost, twarz dostaje zmarszczek i kamiennego oblicza. Szorstko po prostu i po męsku... :)
10/10
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Ana » pn 25.09.2006 19:45

Ostatnio zasłuchuję się w pianino genialnego Dannego Elfmana do "Gnijącej panny młodej" nie mniej genialnego Burtona
Ana
Pustelnik
Pustelnik
 
Posty: 4
Rejestracja: ndz 27.02.2005 18:37

Postautor: Jakub Cieślak » wt 26.09.2006 9:02

Danny Elfman zawsze dobry z Timem Burtonem. Samodzielnie potrafi popełnić kichy- choćby nijaki "Spiderman"- słabiuchna muzyka. Mój ulubiony Elfman to "Beatlejuice". Szanuję też troszkę już mniej wykwintną, ale udaną "Planetę Małp".
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Jakub Cieślak » czw 07.12.2006 11:36

Jeszcze kilka postów temu zastanawiałem się nad dziwnym zasłanianiem się Zimmera nazwiskiem Badelta w "Piratach z Karaibów". W części drugiej już Zimmer się nikim nie zasłania i wali ostro w swoim stylu. Tylko, że... tym razem to mi się zarąbiście podoba! Drodzy słuchacze, marsz do głośników i odpalać sobie dwie pierwsze ścieżki z tego albumu! Absolutne mistrzostwo świata i okolic. Po pierwsze primo ironiczny temat Jacka Sparrowa- ta pijana wiolonczela jest miodzio. Nie gaśnie dobrze radość, kiedy przeskakujemy do utworu "Kraken", który wciska w fotel. Hard rockowa opera z arcy- prze- absolutnie genialną gitarą. Reszta to kontynuacja utworów z pierwszej części pirackiego cyklu. Kilka świetnych nowych tematów też się pojawia i całość stoi na bardzo dobrym poziomie. Niewiadomy jest tylko powód umieszczenia idiotycznego remiksu na końcu płyty. Obrzydlistwo! 9/10

Redaktorskim obowiązkiem wspomnę o Casino Royale. Ponownie spotykamy się ze zdolnym rzemieślnikiem Davidem Arnoldem. Jakże jednak zostajemy zaskoczeni niesamowitym rozwojem jego umiejętności. Naprawdę rośnie nam nowy mistrz filmowej muzyki. Nie sądziłem by dało się jeszcze coś wycisnąć z bodnowskich tematów. Grubo się pomyliłem. Proponuję Wam rzucić się na utwór pierwszy. To jest coś pysznego. Nie dalej pada temat liryczny, którego nuty pojawiają się w filmowej piosence (która ogólnie jest miałka) a tu, na soundtracku przewija się jako subtelna nuta romantyzmu. Bosko.
A bardzo chciałbym, żeby w łapy wpadł mi kolejny album kolekcjonerski muzyki z Władcy Pierścieni. W serii "complete recordings" wydano "Dwie Wieże". Tylko ta cena... ech...
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Blee

Postautor: Cyrograf » pn 07.05.2007 18:13

Requiem for a dream <-- Cudo!

Dirty Dancing 2 - Havana Nights - Orishas Feat. Heather Headley - Represent Cuba <-- Mozna nieźle potańczyć.

Oraz Soundtrack z Piratów z Caraibów :P
Awatar użytkownika
Cyrograf
Wojownik
Wojownik
 
Posty: 175
Rejestracja: pn 07.05.2007 16:07
Lokalizacja: Opole / Jełowa

Postautor: Usagi » śr 28.11.2007 14:28

Sporo jest świetnych sountracków - choćby z Edwarda Nożycorękiego (wiadomo - Danny Elfman), ale jeśli zostałbym obudzony w środku nocy i na szybko musiałbym odpowiedzieć na pytanie jaki sountrack jest najlepszy, byłby to ten z filmu Blade Runner (Vangelis). Cudownie klimatyczny (jak i film zresztą).
Awatar użytkownika
Usagi
Najemnik
Najemnik
 
Posty: 99
Rejestracja: śr 28.11.2007 13:12
Lokalizacja: \/\//\\/\//\

Postautor: Jakub Cieślak » śr 28.11.2007 23:27

Vangelis dla mnie nie jest żadnym kompozytorem muzyki filmowej. Jego muzyka to ogólny zestaw dźwięków, nigdy mnie to nie ruszało. Już lepiej zapamiętałem jego "1492" i "Rydwany Ognia", ale też nie rozgrzały mnie one na tyle by je nabyć.
Nie napisałem tutaj o cudzie jaki stał się rzeczywistością. Od dawna nie mogłem dorwać OSTa z "Clear and Present Danger" J.Hornera. I w końcu z pomocą magii amerykańskiego eBay'a otrzymałem przesyłkę, która sprawiła mi dużo radości. To jest Horner z okresu, za który go bardzo lubię. Twardzielski, eksperymentujący, ale też niesamowicie grający na emocjach. Trzy pierwsze utwory roznoszą mnie na łopaty.
"American Beauty" Newmana z kolei mnie lekko rozczarowało. Poza głównym tematem (nominacja do Oskara) na płycie nie ma nic ciekawego. Nudzi się po pięciu minutach. Zdecydowanie lepsza jest "Road to Redemption".
Z hameryki przyleciały też dwie Bournowe akcje: Ultimatum i Krucjata (muza imć Powella). Ultimatum w kinie brzmiało tak samo jak Krucjata, ale odseparowanie dźwięku od obrazu zaskoczyło mnie nowymi pomysłami i naprawdę energetycznymi kombinacjami. Energia 100%.
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Fraa » czw 29.11.2007 8:44

Ujmę to tak - Zimmer mi się przejadł. Lubię muzykę z "Władcy Pierścieni", owszem. Bardzo lubię z "Piratów z karaibów" - ale ileż można. Toteż - tak dla równowagi - uwielbiam muzykę robioną przez Elfmana. Elfman moim idolem! 8) :mrgreen: Plus soundtrack z "Truman Show" - ahhh... No i z "Transformers" tyż.

Plus ze "Snatcha" piosenkę "Golden Brown" Stranglersów - ale to nie jest żadna muzyka filmowa, po prostu wykorzystali w filmie fajną piosenkę. ;)

Ahh, zapomniałabym - muzyka z "Boondock Saints" - mrau. :mrgreen:
Awatar użytkownika
Fraa
Wędrowiec
Wędrowiec
 
Posty: 35
Rejestracja: ndz 25.11.2007 12:40

Postautor: RaF » czw 29.11.2007 11:13

"Władca" to Shore, nie Zimmer ;)
Zimmera najbardziej to podobał mi się OST z "Króla Lwa"... Ach, ta hakuna matata :D
Zresztą to były czasy, kiedy chciało mu się muzykę tworzyć, nie - produkować.

Ostatnio, jeśli o muzykę filmową chodzi, jestem w klimatach polskich kompozytorów: Preisnera i J.A.P. Kaczmarka (Jezu, ile tych inicjałów można mieć :P) - tego pierwszego głównie "Sekretny ogród", bo taki leciutki, liryczny, baśniowy; Kaczmarka z "Who Never Lived".

A, jeszcze coś japońskiego się zawieruszyło: Tenmon z 'Beyond the Clouds' - szczególnie motyw przewodni, w wielu mutacjach przewijający się przez całość, przypadł mi do gustu. Niby nic wyrafinowanego, ale po prostu do mnie trafia.
"Diese nadmierne sformalizowanie starożytnego prawa zeigt Jurisprudenz jako rzecz tego samego rodzaju, als d. religiösen Formalitäten z B. Auguris etc. od. d. Hokus Pokus des znachorów der savages" -- Karol Marks
Awatar użytkownika
RaF
Katedralny Malkontent
 
Posty: 3521
Rejestracja: pt 04.10.2002 22:24
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: Jakub Cieślak » czw 29.11.2007 11:26

Ustalmy pewne fakty:
- Władca Pierścieni, muzyka Howarda Shore'a.
- Piraci z Karaibów, jeżeli pierwsza część to muzyka Klausa Badelta (choć ewidentnie w Zimmerowskim stylu, o tym już pisałem w tym wątku). Reszta rzeczywiście Zimmerowska.
- Truman Show", muzyka Burkharda Dallwitz'a.
- Transformers występowało dotąd pod postacią zbitki piosenek inspirowanych. Czyli czegoś, co nie jest OSTem z prawdziwego zdarzenia. Chyba, że już mówisz o "Transformers the score" Steve'a Jablonsky'ego, której u nas jeszcze nie kupisz.
A z Twojej wypowiedzi wynika, że Zimmer popełnił Władcę, można się też zapędzić do wniosków, że Elfman odpowiedzialny jest za Trumana i Transformersów. Zatem, albo spokojniej z pisaniem posta, tu nie trzeba się spieszyć (i lepiej zbudować tak zdania, żeby nie być zrozumianym na opak), albo sprawdzaj informacje, zanim je podasz. Grunt to dokładność. :)

A ja tylko dopowiem o trzecich Piratach. Zimmer znowu przyłożył łapę. Jest fajnie, znowu dwie pierwsze ścieżki robią ogromne wrażenie, ale niestety- są okropnie krótkie. Reszta całkiem przyzwoita, nawet chyba przyzwoitsza niż w drugiej części. Szkoda tylko tych pierwszych utworów, które wręcz domagają się o więcej.
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: romulus » pt 18.04.2008 21:51

Dziś Empik przysłał mi zamówiony soundtrack niezwykłego filmu. O ONCE już pisałem w innym temacie, nie ma zatem powodu, aby się rozwodzić nad tym filmem kolejny raz. Zwłaszcza że należy on do filmów o których pisanie prowadzić może do popadania w pseudointelektualny bełkot.

Nie jestem konserem muzyki filmowej. Doceniam raczej poszczególne utwory ze ścieżek dźwiękowych a nie całość. Tym razem jednak zrobiłem wyjątek dla całego albumu. Z jednego powodu. W tym filmie, jak chyba w żadnym innym wcześniej, muzyka przemówiła do mnie bardziej niż fabuła. Co więcej, fabuła - sama w sobie niebanalna i tak pięknie prosta, stanowi tylko tło dla tych zaczarowanych piosenek. Wykonują je odtwórcy głównych ról w tym niby romansie, niby musicalu, niby filmie: Glen Hansard i Marketa Irglova. Oni sami w sobie są niesamowicie zwyczajni (aczkolwiek w Nim kilka moich, co bardziej egzaltowanych koleżanek zakochałoby się na zabój - głowę daję). Dwójka zwyczajnych ludzi połączona muzyką - tak jak połączonych może zostac ze sobą tylko para ludzi sobie przeznaczonych. Raz (Once) w życiu zdarza się niektórym spotkać tą właściwą osobę i tak jest w tym filmie i w tych piosenkach. Ale nienachalnie, bez dramatów, łez, rozpaczliwych, ogranych chwytów - choć wiele ich łączy i oczywistym jest, że są sobie przeznaczeni - ich historia jest osadzona w rzeczywistości i nie musi zakończyć się konwencjonalnie. W zasadzie nie musi zakończyć się w ogóle, bo jest tylko etapem w ich życiu, drobinką, która składa się na całość.

Ich spotkanie - brzemienne w skutki, popycha ich w całkiem nowym kierunku w życiu. Razem, osobno, to bez znaczenia. A - i to najwazniejsze - przy pomocy muzyki ta piękna historia, jest opowiedziana tak, że człowiek po wyjściu z kina dostaje skrzydeł....

.....I wysupłuje 65 złotych na płytę z muzyką. Nie dlatego, ze zawiera rzewne pioseneczki, zgrabne partytury, chwytliwe tematy. Dlatego, że jest prawdziwa. Szczera, nie wymuskana, nie przycięta do radiowych, trzyminutowych standardów mających zapewnić miejsce na plej listach. Jest prawdziwa, tak jak opowiedziana w filmie historia.

A tu mały link do Falling Slowly: http://pl.youtube.com/watch?v=CoSL_qayMCc

Ale warto obejrzeć i inne związane z tym filmem. Gorąco polecam.
Don't blink. Don't even blink. Blink and you're dead.
romulus
Lord
Lord
 
Posty: 1415
Rejestracja: śr 29.11.2006 20:11
Lokalizacja: TARDIS

Postautor: Jakub Cieślak » pt 30.05.2008 9:58

Jest zatem okazja by wypowiedzieć się o albumie "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki" (kochamy krótkie tytuły...).
Tytułem wstępu podam, że zamówienie wykonałem gdzieś w pierwszej połowie maja i dokonałem tego zamówienia na hamerykańskim Amazonie w tak zwanym "pre-orderze". Tymczasem wczoraj mogłem już radośnie rozerwać schludny kartonik z Amazona (który straszył mnie przewidywanym czasem dostawy w okolicach 16ego czerwca- Amazon, nie kartonik) i wrzucić pachnącą świeżością płytkę do odtwarzacza. To niezwykłe, ale przy obecnym kursie dolara możecie zamówić nawet pojedynczą płytkę w stanach i dalej zapłacicie mniej niż za płytkę kupioną w naszym dziarskim internetowym sklepie merlina. Kocham internet!
To tyle, jeżeli chodzi o przyjemność zamawiania. Teraz o przyjemności słuchania. W przypadku twórczości Johna Williamsa trudno jest mówić o braku przyjemności. Nawet jeżeli nie jest to szczególnie udana kompozycja. A tutaj niestety tak jest. Najnowsza odsłona przygód wyraźnie pokazuje nam, że twórcy tego sukcesu swoje lata już mają. Z tej całej grupy obronną ręką wychodzi Harrison Ford, który dalej diabelski urok ma i raczy nas swoją obecnością na ekranie. Jednak panowie: Spielberg, Lucas i Williams powinni zacząć myśleć o zasłużonej emeryturze. Najlepsze lata macie, Panowie, za sobą. Zrobiliście wiele dobrego, ale może czas dać działać młodszym (tu zwłaszcza odwołuję się do ostatnich dokonań producenckich Spielberga, które przynoszą ciekawe efekty- gorzej z dokonaniami reżyserskimi). Lucas już w ogóle powinien mieć zabronione jakiekolwiek udzielanie się w produkcji, a Williams chyba powinien odsapnąć. Tymże albumem do serii Indiany nie wnosi nic nowego. Mamy za dużo zapożyczeń z poprzednich części i bardzo przeciętne próby stworzenia nowych tematów muzycznych. Całość okropnie nierówna i raczej pozbawiona wyrazistości, jakiegoś "boskiego tchnienia", które towarzyszyło dotąd Williamsowi. To wciąż solidna pozycja, której nie będę ukrywać ze wstydem. Cieszy oko, w tle może lecieć (kto w końcu nie lubi marszu poszukiwaczy?), ale nie powoduje we mnie żadnego poruszenia.
Tutaj z radością przypomnę sobie album z poprzedniej części przygód archeologa. "Ostatnia Krucjata" była całą kopalnią nowych tematów muzycznych, praktycznie każdy utwór był samodzielną kompozycją, bardzo rzadko odwołującą się do głównego tematu (a to świadczy o wyjątkowości umiejętności Williamsa, nie znam żadnego innego kompozytora, który umie popisać się taką wirtuozerią, albo raczej pracowitością). Do tego każdy z tych tematów był wielki, ciekawy, zaskakujący i bardzo działający na zmysły.
W mojej ocenie Williams zaczął spacer po równi pochyłej gdzieś tak w okolicach Parku Jurajskiego, który był ostatnią kopalnią ciekawych tematów. Późniejsze produkcje niestety zawsze odsłaniały jakąś skazę, wadę, mniejszą jakość.
Co do Królestwa Czachy (użyjmy w końcu jakiegoś skrótu)- tu może pasować świetnie powiedzenie, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wejdzie. Być może Williams nie powinien był próbować mierzyć się z własnymi dokonaniami z najlepszego okresu swojej twórczości. Być może ciekawym eksperymentem byłoby oddanie roli kompozytora komuś innemu. I nie krzyczcie tu na mnie, że nie ma takiej możliwości by Indiana nie miał swojego marszu poszukiwaczy. Kilka serii pokazało, że inny kompozytor może kontynuować dzieło poprzednika inspirując się jego twórczością. Ja już mogę się rozmarzyć i pomyśleć, co by to było, gdyby rękawicę podjął Michael Giacchino, który na swoim koncie ma już pewne kompozycje pozwalające mi wierzyć, że byłby doskonałym kontynuatorem tradycji Williamsa...
Pomarzyć zawsze można.
Tymczasem dla soundtracku Williamsa "Indiana w królestwie kryształowej czachy" wystawiam ocenę 6/10 (gdzie niestety co najmniej jeden punkt jest dodany ze względu na sentyment do tego Pana).
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Marycha » pt 20.06.2008 20:45

Polecam gorąco piosenkę z filmu Armageddon: 3 doors down - Here without baby. Bardzo klimatyczna, rockowa... ballada (?).
Ciekawa muza leci też w Tokio Drift ;) ale nie znam tytułów.
Marycha
Najemnik
Najemnik
 
Posty: 66
Rejestracja: pt 20.06.2008 20:39
Lokalizacja: Gniezno

Postautor: Jakub Cieślak » sob 26.07.2008 22:18

Czas opowiedzieć o "Wanted". Po polsku "Wanted - Ścigani". Film średni, jeżeli nie fatalny. Ocena zależy od oglądacza. Ale oddzielamy teraz muzykę od filmu. Skupiamy się na kompozycjach bardzo zdolnego Danny'ego Elfmana. A te wymagają skupienia. Mamy na początek całkiem niezłą kompozycję instrumentalno- wokalną- ja jej komentować nie będę, bo to nie mój sort muzyki. Potem nagle wybucha bomba atomowa, albo może zjawia się Jezus, tudzież ja sam dostępuję boskiego namaszczenia. Utwór numer dwa powoduje właśnie te drgania czasoprzestrzeni. Przypadkowi ludzie zaczynają chodzić po tafli wody, zwierzęta zaczynają programować komputery. Temat przewodni rozwala wszystkie mózgi. TA kompozycja zaprezentowana nam w drugim utworze otwiera mózgi zamkniętym, zamyka dziury otwartym na badziewie. To cukier. To lukier. To po prostu miód! Szkoda, że stylem elfmanowskim cała para kończy się na tym drugim gwizdku. Dalej już utwory preparowane są według szablonu. Nie jest źle, ale nie ma też w tej pracy ikry. To po prostu produkcyjniak- od trzeciej ścieżki mamy do czynienia z drugiej kategorii promocyjniakiem. Boli ta różnica pomiędzy całkiem sensownym utworem pierwszym i boskim utworem numer dwa a resztą płyty. Danny, odsłoń pazura po całości!
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Jakub Cieślak » czw 27.11.2008 8:48

Wasz "ulubiony" korespondent ds. muzyki filmowej znowu nadaje. :)
Na tapecie mamy dwa smakołyki, które musiały do mnie przypłynąć zza wielkiej wody, bo na polskim rynku ich nie uświadczę. A gra chyba warta świeczki, choć tanio nie było (doszło obowiązkowe cło, czyli specjalnie nic nie oszczędziłem).
Nie uświadczycie u nas muzyki z Quantum of Solace... A nie, teraz znalazłem, jak to piszę- pojawiła się już w stereo.pl. Jednak cena- jak zwykle- z kosmosu. Ciężko teraz kupić coś porządnego poniżej 50zł na polskim rynku. A jako, że chciałem jakoś uhonorować wkład Davida Arnolda w muzykę bondowską, nie mogłem odpuścić sobie tego zakupu. Myślę, że facet udowadnia za każdym razem, że bardzo dobrze czuje stylistykę bonda, rozumie też najnowsze trendy i umie je łączyć. Łączy więc tradycję z nowoczesnością i robi to zdecydowanie bardziej umiejętnie niż producenci ostatnich odcinków Bonda. Tutaj nie ma się do czego przyczepić. Solidne rzemiosło przenosi nas w świat biegających panów, lejących się po buziach, gonitw samochodowych, francji-elegancji, szykownych kobitek, niesympatycznych łobuzów i egzotycznych zakątków. A wszystko to dzięki muzyce. Pierwsze wrażenie nie jest może tak piorunujące jak genialny Casino Royale, ale i tak wysoki poziom.
Druga perełka to... werble, wstrzymane oddechy, spojrzenia pełne łez- wreszcie! Stało się! Lata wyczekiwania! Lata cierpień z powodu niedosytu, niedostatku! W końcu ktoś wpadł na prosty i genialny pomysł re-edycji soundtracków z wszystkich przygód Indiany Jones'a. W przedsprzedaży i w chwili obecnej dostępny tylko jako kolekcjonerski zestaw. Niby mam już płyty z pierwszej, trzeciej i czwartej części, ale mimo wszystko nie żałuję zakupu. Podejrzewam, że niebawem będzie można kupić oddzielnie każdą płytkę, ale zestaw to zestaw. Pięknie wydany, porządnie przygotowany, będzie ozdobą mojej kolekcji. W środku nie tylko cztery płyty z muzyką do poszczególnych przygód, ale i piąta się znalazła. A na niej dodatkowe materiały muzyczne i wywiady z twórcami. A do tego książeczki do poszczególnych albumów i jeden- zbiorczy, bogato ilustrowany. Żeby tego było mało, pierwsze trzy części pokazują się w nigdy dotąd niewydanych wersjach, wzbogacone o utwory, których dotąd nie było na żadnym albumie. Tylko czwarta część to wydanie identyczne z tym, które było już obecne na rynku.
A sama muzyka? Proszę Państwa! Czy klasyka gatunku autorstwa Johna Williamsa wymaga jakichkolwiek uwag z mojej skromnej strony? Czy muszę Wam przypominać, że każde moje spotkanie z tymi kompozycjami to po prostu bezwstydna orgia przyjemności? Dla mnie wrażenie bezcenne. Pięknie dziękuję za uwagę.
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Alganothorn » pt 28.11.2008 13:26

Po tygodniach oczekiwań, po pielgrzymce do Urzędu Celnego, odebrałem paczkę z amazona (a tak, raz na jakiś czas clą takie przesyłki, ale i tak jest taniej, niż u nas, nie mówiąc o tym, że niektórych książek i płyt u nas nie ma);
w ramach tego wątku - 'Ainda' Madredeusa, czyli OST z 'Lisbon Story'; jak już się było w Lizbonie, to warto by było obejrzeć i film (cięęęężkie zadanie), posłuchać muzyki z niego i...i na przykład dojść do wniosku, że jest bardzo fajna i chce się ją kupić;
Madredeus ma dość wyrobioną markę, 'Ainda' jest chyba najbardziej znanym ich albumem, więc specjalnie oryginalny tu nie jestem, ale od czegoś trza zacząć (kolejna płyta czeka na otwarcie i odsłuchanie);
jaka muzyka? oklepane określenie 'specyficzna' jest na miejscu: otulająca, otaczająca ze wszystkich stron, niespieszna, z przenikliwym wokalem; nie ma tu tej tęsknoty, niemal żalu, co w fado, ale jest jakaś nostalgia, coś, co wyrywa z codzienności...
to ten rodzaj muzyki, który albo podejdzie, albo odrzuci, który nie może być przeanalizowany inaczej, niż tylko emocjami;
na pochmurne wieczory coś pięknie komponującego się z kieliszkiem wina i odsapnięciem po pośpiechu codzienności;
'Buena Vista Social Club' traktuję jako normalny album, a nie OST, stąd pisać tu o nim nie będę
;-)
pozdrawiam
We've all been raised on television to believe that one day we'd all be millionaires, and movie gods, and rock stars. But we won't. And we're slowly learning that fact. And we're very, very pissed off.
Awatar użytkownika
Alganothorn
Monarcha
Monarcha
 
Posty: 5831
Rejestracja: pn 06.01.2003 23:02
Lokalizacja: point of no return

Postautor: Jakub Cieślak » pt 28.11.2008 14:27

Musiałeś aż do Urzędu Celnego? Ja na poczcie przy odbiorze uiszczałem. Tak, czy siak, pomimo tylu nieudogodnień: długiego czasu oczekiwania, opłat związanych z daleką wysyłką, cłem-> wszystko się opłaca, czasem wychodzi taniej, pomimo cła. A i tak zawsze to wielka frajda, że ma się coś, czego się nie upoluje na polskim rynku. Albo jest się jednym z pierwszych, którzy w Polsce to mają. To jest ta zaleta globalizacji i postępu technologii internetowych.
Zwłaszcza ten problem dotyczy muzyki filmowej. U nas zawsze wybór jest nikczemny, ceny mało konkurencyjne. Zanim nastała era amazona, tego typu perełki normalnie trzeba było wykopywać w najdziwniejszych sklepach, albo sprowadzać za pomocą bardziej prężnych sklepów.
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Alganothorn » sob 29.11.2008 8:11

OT celny: raz na poczcie, raz w UC, zależy, jaki mają humor...
z resztą to samo jest ze wszystkim: jeden obiektyw oclili, a części rowerowe przeszły bez problemu, pomimo sporej paczki
:-)
pozdrawiam
We've all been raised on television to believe that one day we'd all be millionaires, and movie gods, and rock stars. But we won't. And we're slowly learning that fact. And we're very, very pissed off.
Awatar użytkownika
Alganothorn
Monarcha
Monarcha
 
Posty: 5831
Rejestracja: pn 06.01.2003 23:02
Lokalizacja: point of no return

Postautor: Jakub Cieślak » sob 29.11.2008 11:02

Wszystko zależy od sprzedawcy, jeżeli- tak, jak Amazon- wyklei Ci na paczce info o wartości, to dostaniesz po kieszeni, a jak- na przykład na amerykańskim ebay'u- sprzedawcy nie pochwalą się wartością- przejdzie bez. Chyba Amazon jest zmuszony do tego, nie sądzę by robili to z czystej złośliwości.
To tyle, jeżeli idzie o celne OT. :)
Wracajmy do tematów muzycznych. Po kilku razach "Quantum of Solace" okazuje się być jednak mniej smakowite niż "Casino Royale", jest mniej wyraziste, mniej przemyślane. Jednak jest kilka pomysłów, które mi się podobają. Widać wyraźnie, że- niczym cały film- muzyka próbuje upodabniać się do serii Bourne'a. Trochę szkoda, bo Arnold nie musi się wzorować na dokonaniach Powella. John Powell ma swój styl- genialny i bardzo energetyczny, jednak nie pasowałby mi do przygód Bonda. Za mało klasyczny.
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Postautor: Iorweth » sob 29.11.2008 22:21

Ostatnio zajumałem dwa. Konkretnie nieco pompatyczny, ale smakowity OST z "Kronik Czarnego Księżyca". I drugi, prosty, mocny i rytmiczny z "Quake II". Oba serdecznie polecam - w pierwszym czar opiera się o męskie chóry, w drugim o świetne gitarowe riffy.
Pozdrawiam.
Iorweth
Wędrowiec
Wędrowiec
 
Posty: 48
Rejestracja: czw 29.07.2004 11:17
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: Avathar » sob 29.11.2008 22:51

Cóż... skoro przedmówca poruszył temat Quake'a, to pozwolę sobie tylko powiedzieć, że...

Polecam Echoes of War - muzykę z gier Blizzarda w dość ciekawej aranżacji. Większość nie różni się może wybitnie od oryginałów, jednakże dla fanów naprawdę godne polecenia.

Pozdrawiam,
Obrazek
Avathar
Lord
Lord
 
Posty: 1267
Rejestracja: sob 02.11.2002 0:18
Lokalizacja: Gdynia / Poznań

Postautor: Lord Turkey » sob 29.11.2008 23:16

OST z "Kronik..." przywołuje wspomnienia wielu wspaniałych sesji w Wiedźmina (W:GW), jakie miałem przyjemność prowadzić swego czasu dla grupy stałych graczy. Zawsze kiedy szukam czegoś podniosłego, miejscami patetycznego, ocierającego się o wzruszenie i pełnego siły - sięgam po tę płytkę. Co nie znaczy, że takie momenty pojawiają się w grach fabularnych często...
...o ile nie odgrywa się całych armii :wink:

Polecone przez Avathara Echoes of War to coś wyjątkowego, muzyka instrumentalna zawsze dodaje grom smaku i sprawia, że mamy odczucie obcowania z czymś naprawdę niesamowitym - nawet jeżeli sam tytuł do specjalnych nie należy.

Polecone przez JC ścieżki powolutku starają się mnie do siebie przekonać, ale zdania jeszcze nie mam :wink:
Obrazek
Krzysztof Kozłowski
Lord Turkey
Książę
Książę
 
Posty: 2960
Rejestracja: sob 15.02.2003 12:41
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: dajmuda » czw 26.02.2009 19:21

na początku bardzo podobała mi się ścieżka z Mamma Mia, ale teraz dostaje szału jak tylko usłyszę którąś piosenkę w radiu
dajmuda
Pustelnik
Pustelnik
 
Posty: 5
Rejestracja: czw 26.02.2009 19:12

Postautor: Jakub Cieślak » czw 14.05.2009 9:58

Promowany już nie raz przeze mnie Michael Giacchino zdążył już sobie wyrobić markę i może spokojnie przypiąć sobie plakietkę kompozytora prosto z Hollywoodu. Dodatkowo jeszcze powiązał się z całkiem solidnym producento-reżyserem JJ Abramsem i na wzór duetu Williams-Spielberg panowie zaczynają nieźle mieszać na rynku. A raczej mogą namieszać na rynku, bo jak na razie wychodzi im różnie, ale z bilansem bardziej na plus- jeżeli chodzi o Abramsa, a nieco chyba na minus, jeżeli chodzi o Giacchino. Mówię tu o przykładzie Star Treka. Film już opisałem w stosownym wątku, oceniając go wysoko. Soundtrack jednak nie wzbudza już takiego entuzjazmu. Nie widzę w nim niczego nowego, czego już nie słyszałem w poprzednich- jakże ciekawych- kompozycjach MG. To wciąż solidny soundtrack, ale z serii "odsłuchać dwa razy i odłożyć na półkę". Z płyty niestety wieje nudą. Tematów wybór niewielki, MG lubi je powtarzać w kółko, stąd szybko zaczynają nas drażnić. Podejmując się napisania muzyki do nowej odsłony ST, Giacchino musiał zmierzyć się z kilkoma poważnymi wyzwaniami: kapitalnymi tematami napisanymi przez poprzedników (wśród nich moje ulubione Goldsmitha, Hornera, czy Eidelmana) a także dwoma kompozycjami na stałe wpisanymi w kanon elementów rozpoznawczych serii- tematu Alexandra Courage'a z pierwszego serialu i kompozycji duetu Courage'a i Goldsmitha z Następnego Pokolenia.
Giacchino postanowił podłączyć się pod temat napisany przez Courage'a (wg mnie wybór nietrafiony, ale to kwestia gustu). Rzeczywiście, ta kompozycja jest bliższa dla MG, ponieważ i on lubi chóry. Szkoda tylko, że połączenie oryginalnych kompozycji z nowymi tworami Giacchino wypada słabo, sztucznie i mało interesująco. Niestety, pierwszy punkt karny dla Pana, Panie Giacchino.
5/10
Obrazek
Mistrz Gimli powiada:
Cisza nie leży w naturze krasnoludów. Jednakże w lochach pełnych orków jest ona jak najbardziej wskazana.
Awatar użytkownika
Jakub Cieślak
Prefekt
Prefekt
 
Posty: 5238
Rejestracja: czw 12.12.2002 22:24
Lokalizacja: JózefOFF k. Otwocka

Poprzednia

Wróć do Muzyka

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość